niedziela, 31 sierpnia 2014

Podsumowanie sierpnia!

Drugi miesiąc w tym miejscu za mną. Miesiąc jak najbardziej udany, pełen dobrych książek, ale i kilku odkryć, nie tylko literackich. Jeszcze nie do końca się zadomowiłam, wciąż czuje się nowa i momentami zdezorientowana, ale to nic! Cudownie się z Wami bawię i tylko to, tak naprawdę, ma jakiekolwiek znaczenie.

A oto moja lista sierpniowych książek:



1. „Córka dymu i kości” Laini Taylor [recenzja]
2. „Destroy Me” Tahereh Mafi [recenzja]
3. „Spóźnione wyznania” John Boyne [recenzja]
4. „Archer's Voice” Mia Sheridan [recenzja]
5. „Nigdy nie gasną” Alexandra Bracken [recenzja]



6. „Leo” Mia Sheridan [recenzja]
7. „Niełatwy dzień” Mark Owen [recenzja]
8. „Na krawędzi zawsze” J.A. Redmerski [recenzja]
9. „Lawendowy pokój” Nina George [recenzja]
10. „Gra z mordercą” Ali Knight [recenzja]



11. „Sekrety końskiego umysłu” Robert M. Miller [recenzja]
12. „Twisted Perfection” Abbi Glines – w naszym kraju będzie wydana pod tytułem „Przypadkowe szczęście”. Nie napisałam do niej recenzji, bo musiałabym tylko marudzić, być może nawet przeklinać. To jedna z najgorszych, najbardziej płytkich i bezsensownych NA jakie czytałam. Niby jest świetny pomysł, ale za grosz tam logiki. Główna bohaterka przechodziła LATAMI piekło, ale jej trauma ogranicza się zaledwie do koszmarów... Pod wszelkim względem jest uzdolniona i idealna, piękna, mądra i w ogóle, eh... Seks jest wszędzie, seks jest generalnie odpowiedzią na wszystko i wokół niego kręci się większość akcji. On jej pragnie, ona go pragnie, ale to, ale tamto... ble!!! Czytanie tej książki porównuje do walenia głową w ścianę. Nigdy więcej Abbi Glines. 
13. „Najemnik” John Geddes [recenzja]
14. „Cienie przeszłości” Edyta Świętek [recenzja]
15. „Wybór” Nicholas Sparks – czytana cały miesiąc, a raczej słuchana podczas zakupów itd. Lubię Sparksa. Jego książki są łatwe i przyjemne, a on nie stara się usilnie, by były czymś więcej, przez co można się w nich zatracić. Idealne czytadło na spacer, gdzie można na chwilę zgubić uwagę i nic to nie szkodzi.

Nie sposób nie wspomnieć, że w sierpniu zgłosiłam się do swojego pierwszego wyzwania, czyli KIEDYŚ PRZECZYTAM, dzięki któremu czyszczę swoje półki z nieprzeczytanych książek czekających na swoją kolej od miesięcy, a nawet lat! Muszę  przyznać, że nie mogłabym znaleźć odpowiedniejszego dla mnie wyzwania.

Mam nadzieję, że wrzesień będzie równie udany! 

sobota, 30 sierpnia 2014

"Cienie przeszłości" Edyta Świętek

Ja i nasza rodzima literatura zbytnio się nie dogadujemy. Nie umiem tego wyjaśnić, ale próbuje z tym walczyć. Wciąż ostrożnie i nieco niechętnie, ale nieprzerwanie. Po wszystkich pozytywnych recenzjach odnośnie książki „Cienie przeszłości” Edyty Świętek miałam nadzieje, że okaże się pozycją przełomową, która usunie ze mnie wszelkie złe wspomnienia ze spotkań z naszymi autorami i otworzy mi oczy na nowy, fascynujący świat. 

Akcja powieści toczy się w Krakowie, mieście w jakim studiowałam, pracowałam, które kocham i znam bardzo dobrze, co stanowiło nie małą zachętę, by sięgnąć po tę książkę. Główna bohaterka, Karina,  zostaje napadnięta i pobita, w wyniku czego traci pamięć. Wszystko zaczyna się w bardzo, ale to bardzo tajemniczy sposób, co z miejsca zdobyło moje uznanie. Nie wiele rozumiałam z tego, co się działo, a dokładnie tego szukam w książkach tego typu. Karina trafia pod opiekuńcze skrzydła Wiktora, który utrzymuje, że są zaręczeni, ale ona śni o innym mężczyźnie, i to śni intensywnie. Musi się mierzyć ze zdobytymi informacjami na swój temat, a te nie są łatwe do przełknięcia, gdyż okazuje się, że nie była zbyt miłą osobą. Nie sposób jej polubić, bo nikt nie lubi wrednych, egoistycznych i egocentrycznych jędz. No, nikt oprócz Wiktora, jak się zdaje... Wydawać by się mogło, że to pozycja całkowicie dla mnie. Autorka nawet wybrała jeden z moich ukochanych lokali - „Ulice krokodyli” - czyniąc z niego centrum jednych z ciekawszych momentów całej książki. Nie wiem tylko, czy tak dobrze opisała panujący tam klimat, czy to kwestia moich osobistych wspomnień. Ciężko mi to ocenić. 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Autorzy, do których mamy sentyment #1 Nalini Singh

Pewnie tego jeszcze nie widać, bo jestem tu dopiero drugi miesiąc, lecz gdybym z jakichś względów musiała wybrać tylko jeden gatunek, który czytałabym do końca życia, nie mogąc sięgnąć po nic innego, nie wybrałabym literatury wojskowej, YA, NA, ani kryminałów z psycholami w rolach głównych. Wybrałabym paranormal romanse. Dlaczego? 

Po pierwsze, czego również pewnie jeszcze tu nie widać, jestem niepoprawną romantyczką. Potrafię zakochać się w książkach w których nie ma za grosz romansu, ale prawdziwie oszaleć mogę tylko na punkcie tych, w których ten wątek jest, choćby w minimalnej postaci.

Po drugie, kocham fantastykę. Mam świra na punkcie logiki i realności, ale kiedy czytam o wymyślonych światach, stworach, zupełnie nierealnej realności, przestaje myśleć. Przynajmniej w większości przypadków, i łatwiej mi przychodzi oddanie się lekturze. 

Po trzecie, ale nie ostatnie, to wręcz główny punkt i cel całego wpisu; to autorzy, którzy w moich oczach łączą wszystko to, co porusza mnie i kręci w książkach. Jedną z nich jest Nalini Singh, która otworzyła mi oczy na kompletnie inny poziom PR. Przed poznaniem jej książek byłam skłonna zaakceptować wszystko, przymknąć oczy na wszelkie niedorzeczności. Ona udowodniła mi jednak, że paranormal i realność mogą iść w parze. 

Dla tych, którzy o niej nie słyszeli, Nalini Sighn pochodzi z Nowej Zelandii, a jej powieści wydawane są na całym świecie. W naszym kraju ukazało się jednak ich zaledwie pięć. Dwie z serii Łowca Gildii i trzy z cyklu Psi i Zmiennokształtni. O powodach przez które u nas pani Sighn odniosła pełną klapę, mogłabym rozprawiać godzinami, ale się powstrzymam. Powiem tylko, że jak dla mnie miała po prostu pecha trafić na takie, a nie inne wydawnictwo, które kompletnie nie wiedziało jak ma sobie z nią poradzić. Dodam jeszcze, że o ile się orientuje, tego wydawnictwa już nie ma na rynku, utonęło w długach i swojej niekompetencji. Prószyński i S-ka, które wzięło pod swoje skrzydła serię o Psi i Zmiennokształtnych, musiało się później zmierzyć z ogromem krążących po sieci nieoficjalnych tłumaczeń powieści pani Sighn, co w rezultacie zatrzymało ich na książce numer 3. I nic dziwnego. Niestety. Jestem pewna, że gdyby oni wprowadzili na nasz rynek jej książki, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Nalini Sighn tworzy pełnokrwiste, niebanalne postacie. Jeśli coś robią, jest to całkowicie zrozumiałe i rzadko można się spotkać z naiwnością, przerysowaniem czy zwyczajną głupotą. Autorka kreśli swoje światy w dokładny, przejrzysty sposób, przez co bardzo łatwo w nich utonąć. Wszystko ma swoje miejsce, historię i wytłumaczenie. I mimo że tematem przewodnim jest romans, w obu seriach nie brakuje akcji. I to niebanalnej akcji. Mamy do czynienia z morderstwami, seryjnymi mordercami, terroryzmem, ekstremistami próbującymi obalić władzę i zamienić świat w zgliszcza. Książki Nalini Sighn to dla mnie romanse, fantastyka, kryminały i thrillery w jednym. Wszechobecny w powieściach seks jest pełen emocji, i choć dosadny, nie bije po oczach instrukcjami obsługi czy poradnikiem Kamasutry. 

Mam za sobą 20 książek tej autorki. Owszem, wśród nich znalazłoby się kilka minusów, parę słabszych pozycji, lecz to wciąż moja ulubiona autorka, której jestem absolutnie oddana. Mogłabym ją przeklinać, bo teraz byle jaki PR nie zdobędzie mojego uznania, zrobiłam się przez nią wybredna, ale nie mam jej tego za złe, bo ilość emocji jaka we mnie żyje za każdym razem, kiedy czytam coś jej autorstwa, jest warta każdej ceny. 

Pozwolę sobie wspomnieć tylko o pierwszych tomach dwóch serii.

A więc:

„Elena Deveraux, zawodowy łowca wampirów, zostaje wynajęta przez wzbudzającego powszechny respekt archanioła Rafaela. Jednak tym razem jej celem nie staje się zbłąkany wampir... lecz zbuntowany archanioł. Zlecenie zawiedzie łowczynię w sam środek masakry, jakiej nie oglądała nawet w najgorszych koszmarach i doprowadzi ją do granic pożądania. Równie łatwo może zginąć z ręki śmiertelnie groźnego przeciwnika, jak i od uwodzicielskiego dotyku Rafaela. Co dla anioła jest tylko zabawą, śmiertelnika może kosztować życie Nalini Singh wprowadza czytelników do swego fascynującego świata, pełnego pięknych istot i żądzy krwi, w którym aniołowie żelazną ręką kontrolują wampirzą społeczność.. „ Opis wydawcy.

Tu pozwolę sobie zacytować Paranormalbooks (od niedawna Book Geek), gdyż wydaje mi się, że ten tekst lepiej obrazuje książkę, jak i zresztą całą serię:

„Poznaj świat podzielony przez potężną rasę o fenomenalnych mocach umysłu, ale pozbawioną serca… Człowiek i zwierzę jednocześnie, Lucas Hunter, jest zmiennokształtnym – głodnym tych wszystkich wrażeń, którymi Psi – rasa rządząca – pogardzają. Po wiekach niełatwej koegzystencji, obie rasy znajdują się na granicy wojny z powodu brutalnych morderstw, których ofiarami padły zmiennokształtne. Lucas jest zdeterminowany znaleźć zabójcę Psi, który zaszlachtował kobietę z jego Sfory, a Sascha mogłaby go wpuścić do jej strzeżonego świata. Wkrótce jednak odkryje, że zimnokrwista Psi jak najbardziej zdolna jest do namiętności – i że tkwiące w nim zwierzę jest nią zafascynowane. Uwięzieni między walczącymi światami, Lucas i Sascha muszą zachować swoją tożsamość – albo poświęcić wszystko i ulec najmroczniejszej z pokus.”

Gdybym miała w kilku słowach powiedzieć za co uwielbiam Nalini Sighn, powiedziałabym, że głównie za pełnokrwistych bohaterów. Kobiety nie są wątłe niczym źdźbła traw, są silne, waleczne, w większości niezależne, ale przy tym nie gardzą mężczyznami pragnącymi je chronić. Mężczyźni to wprawdzie głównie samce alfa, dosłownie i w przenośni, lecz ci z kolei noszą serca na dłoniach i w tej swojej stanowczości i silnej potrzebie „własności”, są przede wszystkim opiekuńczy. Pani Sighn w swoich książkach opisuje harmonie i balansowanie pomiędzy skrajnościami, pomiędzy potrzebami jednej i drugiej strony, pisze o kompromisach, z jakich przecież składa się każdy związek. 

Przykro mi, że muszę czytać jej książki w oryginale, choć z drugiej strony to głównie dzięki niej zaczęłam pracować nad swoim angielskim i dzisiaj często sięgam po książki w tym języku. 

Jacy autorzy dla Was są szczególni i dlaczego? Chętnie przeczytałabym o tym na Waszych blogach, a jeśli nie tam, to przynajmniej w komentarzach pod tym postem. 

wtorek, 26 sierpnia 2014

"Najemnik" John Geddes

Na „Najemnika” Johna Geddesa czekałam odkąd tylko dotarła do mnie zapowiedź książki. Byłam ciekawa jak wygląda wojna widziana oczami dobrze opłacanych, byłych wojskowych, policjantów, a niekiedy po prostu twardych ludzi, pracujących dla prywatnych firm. Tak więc jak tylko książka do mnie dotarła, mimo innych czytelniczych planów, od razu się za nią zabrałam. 

Po jakichś dwudziestu kilku stronach zaczęłam się zastanawiać, czy czegoś nie pomyliłam, czy przypadkiem to nie jest jedna z tych powieści napisanych w oryginalny sposób. Energia bijąca z tekstu, sposób narracji, opisy... Wszystko było dziwnie płynne i plastyczne. 

Zanim John Geddes wstąpił do wojska, a następnie do SASu, brytyjskich sił specjalnych, chciał zostać... aktorem! Dostał się nawet do szkoły teatralnej, gdzie spędził trochę czasu. Niemniej uważał, że potrzebne mu doświadczenie i swego rodzaju głębokie przeżycia, by lepiej się sprawdzić w wymarzonym zawodzie i wojsko miało mu to zapewnić. Tak, cóż, do szkoły nie wrócił, za to okazał się cholernie dobrym żołnierzem i jak pokazuje ta książka, zręcznym pisarzem. 

niedziela, 24 sierpnia 2014

"Sekrety końskiego umysłu" Robert M. Miller

Dr Robert M. Miller, autor „Sekretu końskiego umysłu”, jest weterynarzem, koniarzem z wieloletnim doświadczeniem. Autorem książek i filmów instruktażowych. Jego metody dotyczące szkolenia źrebaków są wykorzystywane przez hodowców na całym świecie. W swojej książce przekonuje do łagodnego, pełnego zrozumienia podejścia do zwierząt i rezygnowania z bardziej ostrych, a zarazem krótkotrwałych metod uzyskania od nich tego, czego się oczekuje. Mowa tu o stosowaniu batów czy ostróg, czemu sama jestem przeciwna. Tłumaczy sposób w jakim konie postrzegają swoje otoczenia, mówi o ich lękach i motywacjach. Zwraca uwagę na istotną rolę cierpliwości i zrozumienia w kontaktach człowieka z tymi pięknymi zwierzętami. 

Dlatego właśnie „Sekrety końskiego umysłu” to książka określana mianem jednej z obowiązkowych pozycji do przeczytania dla każdego, kto zaczyna swoją przygodę z końmi i jeździectwem. Choć miałam ją na półce od dawna, zwlekałam z jej przeczytaniem z jednego prostego powodu. Jeśli chodzi o naturalne metody zajmowania się końmi, o wiele bardziej przemawiają do mnie filmy niż książki. 

piątek, 22 sierpnia 2014

"Gra z mordercą" Ali Knight

„Gra z mordercą” autorstwa Ali Knight to kryminał psychologiczny, który mnie absolutnie zaskoczył. Być może nie jestem znawczynią gatunku, raczej spotykamy się okazjonalnie, ale ciężko mnie zaskoczyć. Rzadko potrafię wyłączyć logiczne myślenie i powstrzymać się od przewidywania, co zepsuło mi już nie jedną historię. W tym przypadku autorka robiła ze mną co chciała. Uwielbiam takie książki! 

Ale od początku, bo nie wszystko było znowu takie cudowne. 

Kate Forman jest żoną, matką dwójki dzieci, prowadzi niemal idylliczne życie. Wygląda to w taki sposób zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Jest szczęśliwa. Czuje się jakby wygrała na loterii. 

Wszystko się zmienia, kiedy w pewną noc, Paul - jej mąż, wraca do domu słaniając się na nogach, wydaje się pijany i zrozpaczony. Ma też zakrwawione ręce. W pewnym momencie z jego ust pada stwierdzenie: „zabiłem ją”. Zanim Kate udaje się wyciągnąć z niego cokolwiek więcej, mężczyzna traci przytomność. Ale czy na pewno? Może to tylko idealnie zaplanowana gra?

czwartek, 21 sierpnia 2014

"Lawendowy pokój" Nina George

„Lawendowy pokój” Niny George to powieść... dziwna. Czuje się rozdarta pomiędzy zupełnie zaprzeczającymi sobie nawzajem stwierdzeniami i nie bardzo wiem, które byłoby lepsze. Pozostanę więc przy słowie „dziwna”, wydaje mi się bowiem odpowiednio neutralne. 

Wyobraźcie sobie barkę osiadłą na wodzie, a w niej księgarnie – czyż to nie porywający obraz? Sam ten motyw wydaje mi się kultowy. W dodatku księgarz potrafiący odgadnąć czego potrzeba klientom, jaka książka byłaby dla nich idealna, by poczuli się lepiej. Dodajmy jeszcze odrobinę tragizmu, ckliwość, romantyzm (kwestia sporna) oraz worek pełen złotych myśli i sukces murowany. 

Zabierałam się za tę książkę bez większych oczekiwań. Nauczyłam się już bowiem, że medialne ochy i achy niekoniecznie mają przełożenie na mój osobisty gust. Niemniej przez pierwsze strony sądziłam, że w tym jednym wypadku się pomyliłam. Dostałam pełnokrwistych bohaterów, melancholijnych, lecz chwilami też zabawnych. Dostałam książkę o książkach i nawet kilka ładnych cytatów z kobietami i końmi w tle, co u każdej koniary takiej jak ja, wywołałoby na twarzy uśmiech. 

wtorek, 19 sierpnia 2014

"Na krawędzi zawsze" J.A. Redmerski

Generalnie nie widzę nic złego w dzieleniu danej historii na kilka tomów. Jeśli bohaterowie budzą moje zaciekawienie w takim samym stopniu jak ich historia, to świetnie! Powiedzenie, że mogłabym o nich czytać w nieskończoność jest odrobinę przesadzone, ale chyba wszyscy będą wiedzieć, o co mi chodzi.

Są też niestety takie pozycje, które nigdy, przenigdy nie powinny zostać napisane, wydane i przeczytane. Są takie pozycje, które niszczą pozytywne emocje po pierwszym tomie. W moim życiu jak dotąd spotkało mnie coś podobnego tylko raz.

„Na krawędzi zawsze” J.A. Redmerski jest drugą pozycją na tej liście.

Nie chodzi o styl, choć nie można powiedzieć, by był jakiś wyjątkowy. Powoli już przywykam do pierwszej osoby, bo ciągle mam pecha na nią ostatnio trafiać. Chodzi o historię. Naciąganą do granic możliwości, nudną, przepisaną z jakichś tanich romansideł, bez polotu i większego sensu.

sobota, 16 sierpnia 2014

"Niełatwy dzień" Mark Owen

„Jedyny łatwy dzień był wczoraj” - filozofia Navy SEALs

Nie wiem jak wy, ale ja doskonale pamiętam gdzie byłam, co robiłam i kto był ze mną, gdy w telewizji pojawiły się pierwsze doniesienia o porwanych samolotach, które następnie uderzyły w wieże WTC i Pentagon. Miałam 14 lat. Jasne, można powiedzieć, że to był atak na Amerykę, a nie na nas i wzruszyć ramionami, lecz ja z jakiegoś powodu nigdy nie umiałam myśleć w taki sposób.

Równie dobrze pamiętam też dzień, miejsce mojego pobytu i sytuacje, kiedy w mediach pojawiła się wiadomość o śmierci Osamy bin Ladena.

„'Niełatwy dzień' to historia o 'chłopakach', o ofiarach, które ponosimy, i o poświęceniu niezbędnym, by wykonać tę brudną robotę; 'Niełatwy dzień' to opowieść o braterstwie, które istniało na długo przed moim zaciągiem i będzie istniało na długo po moim odejściu ze służby.”

Jest już za mną kilka książek o operatorach sił specjalnych i za każdym razem czuje podobne rzeczy i mam ochotę na więcej. „Niełatwy dzień” wydaje mi się jednak szczególny przez samą zawartą w książce historie. Oprócz genialnego opisu wydarzeń z 1 maja 2011 roku w których zginął bin Laden, mamy tu do czynienia z kilkoma innymi wspomnieniami głośnych akcji, jak na przykład; uwolnienie kapitana Richarda Philipsa, czy próba odbicia Bowe'a Bergdahl kilka tygodni po jego zniknięciu w 2009 roku (został uwolniony przez talibów dopiero w maju 2014). Autor nie pomija swoich własnych błędów, wspomina o istotnej roli prostego szczęścia oraz ubolewa nad decyzjami, wyborami, które były trudne, a jednak oczywiste.

piątek, 15 sierpnia 2014

"Leo" Mia Sheridan


And the thing about falling in love is that no matter where you are when it happens, you can't help but to color those moments with beauty, even if you're in a location of ugliness. He made what would have been a place of nightmares into a place to dream.” 

Po cudownej lekturze „Archer's Voice” z niecierpliwością sięgnęłam po inną pozycję z dorobku Mii Sheridan, a mianowicie jej debiutancką powieść „Leo”.

Nie mogę uznać tego spotkania za nieudane, lecz nie było też w żaden większy sposób porywające. Historia jest odrobinę naciągana, naiwna, przede wszystkim przewidywalna, co moim zdaniem psuje książkę. Powinna mieć inny tytuł, wtedy możliwe, że uzyskałaby choćby minimalny element zaskoczenia. Ale! Nie zapominajmy, że to debiut. Przeczytawszy pierwszą i ostatnią książkę pani Sheridan widzę ile się nauczyła, jak bardzo poprawiła swój warsztat.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Sierpniowy stosik!


Stety/niestety jestem jedną z tych ksiązkoholików, co więcej kupują niż są wstanie przeczytać. Próbuje nadrabiać permanentny brak miejsca na półkach ebookami, ale nie ma to jak normalna, papierowa książka. I nawet staram się swoje zakupy ograniczać. Naprawdę. To zwyczajnie nie wychodzi ;) Wszędzie czyhają podstępne promocje, a potem się okazuje, że na moich półkach czeka na swoje pięć minut  43 nieprzeczytane książki. Mówię o samych papierowych, mój Kindle również wzdycha z irytacji. Cóż zrobić?! Odkąd wróciłam do blogowania i codziennie czytuje wasze recenzje, racjonalność moich zakupów drastycznie spadła hehe. Nawet nie wiem, co z tego mam przeczytać najpierw! ;)

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

"Nigdy nie gasną" Alexandra Bracken

Czytanie „Nigdy nie gasną” Alexandry Bracken, było mieszaniną euforii, zdumienia, ale i niekiedy zniecierpliwienia. Drugi tom cyklu „Mrocznych umysłów” jest pełen kontrastów, odrobiny niedorzeczności i sporej dawki akcji. Jak dla mnie, to trochę gorsza pozycja od pierwszego tomu i zaraz wyjaśnię dlaczego.

Przez pierwsze dwa, trzy rozdziały byłam zachwycona. Zaczęło się z grubej rury, od razu znaleźliśmy się w samym centrum akcji. Ale im dalej, tym dziwniej. Tak naprawdę podstawowym problemem w „Nigdy nie gasną” jest półroczny przeskok, który zamienia Ruby w kogoś, kogo w ogóle nie znamy. Jasne, jest to uzasadnione, poświęcono temu zagadnieniu odrobinę miejsca pośród blisko pięciuset stron tekstu, nie w tym rzecz. Nie widzimy jej przemiany. Nie widzimy tych poszczególnych etapów, które przechodziła i które najwyraźniej złożyły się na jej obecny stan. Nie lubię tej Ruby. Jest irytująca. Ma szczeniackie odzywki i jeszcze bardziej szczeniacko się niekiedy zachowuje. I tak, wiem, jest nastolatką, chodzi o to, że w drugim tomie poniekąd cofnęła się w swojej dojrzałości. I po raz kolejny; tak jest to wytłumaczone, ale co z tego, skoro najwyraźniej niewystarczająco dobrze?

Druga rzecz, która wręcz zmusiła mnie do odłożenia książki, choć zadbałam, by mieć dla niej wolny cały weekend, szczęśliwa, że udało mi się dostać egzemplarz jeszcze przed oficjalną premierą, było zupełnie nowe środowisko. Nowe postacie, gdzie znana była tylko Ruby, choć nawet nie do końca. Doznałam niemiłego déjà vu, już raz spotkałam się z zabiegiem usunięcia głównego bohatera z większości drugiego tomu i skończyło się to niezbyt dobrze. Nie jestem wstanie pojąć chociażby samego zamysłu, a tu dodatkowo pozbawiono mnie nie jednego, a aż trzech i musiałam się niemal zmusić, by dać tej książce szansę się wytłumaczyć.

Na szczęście to zrobiła, łagodząc moje nerwy pojawieniem się Pulpeta i niedługo po tym także Liama. Dopiero wtedy byłam wstanie się wczuć, polubić nowe postacie i ogólnie cieszyć się historią. Ruby trochę odzyskała siebie, a znajomi bohaterowie, których losu byłam ciekawa, wnieśli powiew atmosfery pierwszego tomu. To w końcu był ten specyficzny klimat. Mogłam usiąść, przymknąć oko na kilka nieścisłości.

Pomijając moje kłopoty z nawiązaniem kontaktu z samymi bohaterami, to książka pełna akcji. Nie ma tu zbyt wiele czasu na nudę, ciągle coś się dzieje, i nie są to już tylko samochodowe pościgi. Pojawia się też znienawidzony Clancy i tylko Zu zabrakło. Słodkiej Zu, której wyczekiwałam z utęsknieniem do ostatniej strony.

Wątek miłosny. Kto czytał „Mroczne umysły” ten wie, na czym stanęło pomiędzy Ruby i Liamem. Byłam ciekawa, jak autorka z tego wybrnie i nie jestem przekonana z efektów jej starań. Pomiędzy strony wkradła się teatralność, która była zauważalna już wcześniej, ale biorąc pod uwagę te wszystkie zmiany w Ruby, tutaj była niezaprzeczalna, co odrobinę działało mi na nerwy i zmusiło do konkluzji,że bez wątku romantycznego ta książka niewiele by traciła.

Muszę jednak skłonić głowę przed panną Bracken. Uwielbiam jej styl, choć pisze w pierwszej osobie. Język jest prosty, a opisy otoczenia wyraźnie zarysowane. Momentami trochę zabrakło mi wniknięcia w uczucia, zamiast w wygląd otaczającej ich ściany, ale jestem w stanie przymknąć na to oko.

Wydaje mi się, że „Nigdy nie gasną” to książka akcji i na tym głównie zależało autorce. Podczas gdy w „Mrocznych umysłach” wykazała się cudowną umiejętnością budowania bohaterów, pokazywania ich stopniowych zmian, tak tu, w wielu przypadkach najzwyczajniej zawiodła. Może tego wymagała fabuła? Możliwe.

Podsumowując wszystko razem; pierwszy tom nigdy nie był w moich oczach idealny i tak samo jest z drugim. Rzeczy, które kulały tam na jedną nogę, tu kuleją już na dwie. Mam nadzieję, że tendencja wzrostowa nie będzie się tyczyła trzeciego tomu. Pomimo tego wszystkiego, „Nigdy nie gasną” to dobra książka. Gdy się już w nią wgryzłam, odrzucając wszystkie oczekiwania, które, powiedzmy sobie szczerze, nigdy niczego dobrego nie przynoszą, bawiłam się wybornie. Podejrzewam, że ta pozycja uzyska odrobinę niższe oceny, ale nie wątpię, że wciąż będzie rozchwytywana, a fani serii z niecierpliwością będą oczekiwać trzeciego tomu. Ja z pewnością na niego czekam.

Ocena: 7/10 Bawiłam się odrobinę gorzej niż na pierwszym tomie, ale nie na tyle, by obniżyć swoją ocenę aż o jeden stopień.

Polecam! 
Oficjalna premiera: 13.08.2014

sobota, 9 sierpnia 2014

"Archer's Voice"/"Bez słów" Mia Sheridan

Mogłabym oddać własną głowę za stwierdzenie, że każdy człowiek choć raz w swoim życiu zmagał się z czymś, co przywodziło na myśl prostą chęć ucieczki.

Bree Prescott, wiedziona koszmarem napadu i wspomnień o morderstwie swojego ojca, ucieka z dużego miasta w poszukiwaniu oddechu. Zatrzymuje się w małym miasteczku, którego główną atrakcją jest jezioro… i nawet w którymś momencie dostaje rower, co wszystko razem kojarzyło mi się odrobinę z „Bezpieczną przystanią” Nicolasa Sparksa, a przynajmniej z filmem na podstawie jego książki, bo samej powieści nie czytałam. Niemniej na tym chyba podobieństwa się tu kończą.

Bree niemal natychmiast spotyka miłość swojego życia jak na dobry romans przystało. Ale znowu, to nie jest typowe spotkanie. On nie wygląda jak młody Bóg, nie zaprasza jej z miejsca na randkę i nie próbuje czarować mniej lub bardziej wyświechtanymi przez czas słowami. Wręcz przeciwnie. Wygląda niechlujnie i nie odzywa się słowem, a kiedy Bree zaprzestaje bezsensownej tyrady o swoich zakupach rozsypanych po chodniku oczekując, że on w końcu się odezwie, nasz nieznajomy po prostu odchodzi.

czwartek, 7 sierpnia 2014

"Spóźnione wyznania" John Boyne

Książki można podzielić na wiele kategorii. Dobre i złe. Lekkie i te bardziej zobowiązujące… Można by wymieniać długo i każdy z nas stworzyłby swoją własną listę.

Kiedy kupowałam „Spóźnione wyznania” Johna Boyne, wiedziałam, że to historia, do której będę musiała mieć specyficzny nastrój. To nie ten typ powieści, którą z łatwością połknę w przeciągu kilku godzin. Zazwyczaj mam nosa do tego typu książek i nie wpadam w zbyt głęboką wodę, zupełnie pozbawiona wskazówek.

A jednak ta pozycja mnie zaskoczyła. Zaskoczyła mnie swym ciężarem, smutkiem i tragizmem. Krótki opis na tyłach okładki tak naprawdę niczego nie zdradza, wręcz sugeruje zupełnie inny kierunek powieści. Owszem, wszystko dzieję się w okolicach pierwszej wojny światowej. Owszem, Tristan, nasz narrator i główny bohater, wsiada do pociągu i jedzie na spotkanie z kobietą, której pragnie wyznać swoje grzechy. Tak jak w opisie mamy do czynienia z pojęciem odwagi, zdrady, namiętności. Zostają nam też przybliżone żołnierskie realia, lecz to wszystko tak naprawdę schodzi na dalszy plan, kiedy czytając, domyślasz się o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

„Destroy Me” Tahereh Mafi

Dziś będzie krótko, bo też nie mam do zrecenzowania długiego tekstu. „Destroy Me”  Tahereh Mafi, to krótka nowelka stojąca pomiędzy pierwszym, a drugim tomem cyklu „Dotyku Julii”.

Wszystko zaczyna się słowami; „I’ve been shot.” Och, tak! Mamy tu do czynienia z istną spowiedzią szalonego Warnera. I to spowiedzią intensywną, szczerą, niekiedy wstrząsającą, choć jak dla mnie, też przewidywalną. Od początku przeczuwałam, co autorka zaplanowała i nie wiele się pomyliłam. Mogłabym chyba uznać to za minus, ale jakoś w ogóle tego tak nie widzę.

Tekst wreszcie nie jest bełkotem o „nonsensach słupów” i wszystko staje się bogatsze. Przez zaledwie siedemdziesiąt kilka stron i dwadzieścia trzy krótkie rozdziały, dowiedziałam się więcej o tym świecie niż podczas czytania „Dotyku Julii”. Warner też bywa liryczny. Jest cholernie emocjonalny i to jak to zostało przedstawione, całkowicie do mnie przemawia. Jego szaleństwo jest tak cudowne, że gdybym mogła wybierać, wolałabym czytać o tej historii za jego pośrednictwem.

niedziela, 3 sierpnia 2014

„Córka dymu i kości” Laini Taylor

„Córka dymu i kości” Laini Taylor, to tak naprawdę książka stanowiąca swoisty prolog dla całej historii, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. To historia świata i kilku bohaterów poznawanych w miarę upływu stron. Główna akcja to splot zaledwie kilku zdarzeń. Ciężko też zdarzenia te tak nazywać, bo gdyby je tak powycinać i złożyć w jedno, to z tych niemal czterystu stron - wydarzeń dziejących się „tu i teraz” - nie wiem czy uzbierałoby się chociaż sto. Pozostałe trzysta to budowanie świata, bohaterów oraz powroty do przeszłości.

Ciężko też cokolwiek mówić o fabule, by nie spoilerować. „Córka dymu i kości” to czysta fantastyka. Mamy tu do czynienia z magią, dziwacznymi stworzeniami jakimi są chimery przypominające nie raz bardziej zwierzęta, niż ludzi. Mamy Serafinów – aniołów, i gdzieś pomiędzy tym wszystkim są jeszcze ludzie oraz ziemia. Piękne, malownicze miejsca, które odwiedzamy wraz z Karou – naszą główną bohaterką. Siedemnastolatką dziewczyną, która wiruje pomiędzy światami, nie do końca pewna, kim – czym, tak właściwie jest. 

piątek, 1 sierpnia 2014

Podsumowanie lipca!

Wprawdzie nie planowałam robić żadnego konkretnego podsumowania lipca, a przynajmniej konkretniejszego niż to, które już zrobiłam odnośnie mojej przygody z dystonią i literaturą młodzieżową. A jednak czytając wasze sprawozdania pomyślałam, że dobrze by było, gdybym i ja coś podobnego zrobiła. To mój pierwszy miesiąc tutaj i szersza lista książek, które przeczytałam, coś niecoś może powiedzieć o moim guście literackim.  

A więc:


1.      „Obsession” Jennifer L. Armentrout – Sięgnęłam po tę książkę z ciekawości, nie miałam styczności z serią dla młodzieży i generalnie trochę czułam się przez to zagubiona. Nie porwało mnie to, w kilku momentach było wręcz irytujące, ale też nie oczekiwałam niczego innego. Nic mnie tak nie denerwuje jak nielogiczne przemiany bohaterów.
2.      „Piąta fala” Rick Yancey - [recenzja]
3.      „Shield of Winter” Nalini Singh – Ach! To moja ulubiona autorka PR i ukochana seria. Zamierzam w sierpniu zrobić na ten temat jakiś wpis. Ogólnie książka była w porządku, ale po poprzedniej „Heart Of Obsydian”, ciężko by cokolwiek mogło tak naprawdę szczególnie zachwycić.
4.      „Hopeless” Colleen Hoover - [recenzja]
5.      „Angelfall. Penryn i Świat Po” Susan Ee – Wielki zawód. Naprawdę miałam nadzieję, że będę tak samo zachwycona jak po pierwszym tomie, ale stało się inaczej. Absurd gonił groteskę, a decyzja o usunięciu z większości książki głównego bohatera nadal jest dla mnie niezrozumiała. Szkoda.

6.      „I Can See You” Karen Rose – Uwielbiam Karen Rose! Niestety w Polsce wydano bodajże tylko cztery jej książki, więc musiałam zacząć czytać w oryginale. Książka była dobra, ale nie zachwycająca, czytałam już lepsze. Niemniej to również nie miał być kryminał z najwyższej półki. Pani Rose pisze o psychopatach i seryjnych mordercach, do których mam słabość niemal tak potężną, jak do aniołów, a wszystko przyprawione jest zawsze jakimś romansem. Ot kobiece czytadło pozbawione zbyt dużej ilości lukru.
7.      „Partials. Częściowcy” Dan Wells [recenzja]
8.      „Mroczne umysły” Alexandra Bracken - [recenzja]
9.      „Delirium” Lauren Oliver- [recenzja]
10.  „Zakochać się” Cecelia Ahern – Ta książka spoglądała na mnie zawsze, gdy wchodziłam do księgarni i w końcu ją kupiłam. Z pewnością tego nie żałuje, ale też zbytnio nie podzielam tych wszystkich zachwytów. Jak w przypadku „Hopeless” szybkość akcji i łatwość pokonywania tak cholernie ciężkich trudności, mnie razi. Ale mimo wszystko wciąga i mniej czepialskim czytelnikom z pewnością się spodoba.

11.  „Jutro, kiedy zaczęła się wojna” John Marsden – Cudowna! Wojna to kolejna moja słabość. Uwielbiam tą tematykę wplecioną w historię ludzi i jutro spełniło wszelkie moje wymagania. Być może nie porwało mnie tak, bym dla niej zarywała noce, ale z pewnością zachęciło do sięgnięcia po kolejne tomy.
12.  „Niewinny” David Baldacci - [recenzja]
13.  „Dotyk Julii”Tahereh Mafi - [recenzja]

Ogólnie rzecz biorąc, lipiec był naprawdę udany. Przeczytałam wiele dobrych książek, zakochałam się w dystopii,  i znalazłam się tutaj, choć sądziłam, że już nigdy, przenigdy nie zdecyduje się na założenie bloga. Moja ostatnia przygoda z blogowaniem zakończyła się jakieś sześć lat temu. No cóż… Nigdy nie mów nigdy.


Oby sierpień był tak samo udany!