wtorek, 30 września 2014

"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins

Na wstępnie powiem, że jestem na siebie zła... Uparłam się kiedyś, że nie będę czytać młodzieżówek, bo jestem na nie za stara i teraz mam za swoje. 

Zazwyczaj bardzo sobie cenię swoją upartą naturę, bo mam z tego tytułu znacznie więcej korzyści, niż strat. Niemniej bywają i takie momenty, kiedy szczerze tą swoją cechę przeklinam. Może gdybym była odrobinę mniej uparta, sięgnęłabym najpierw po książkę zamiast oglądać ekranizacje. Może gdybym była mniej uparta, to kiedy w końcu „Igrzyska śmierci” trafiły w moje ręce potrafiłabym się nimi należycie cieszyć. 

Są takie historie, które możemy śledzić wielokrotnie i za każdym razem odkrywać w nich coś nowego. Są i takie, co ekscytują nas za pierwszym razem, ale za drugim tracą swój blask. Dla mnie „Igrzyska śmierci” mieszczą się gdzieś po środku tych dwóch stwierdzeń. Z jednej strony obraz świata, bohaterów i relacji pomiędzy nimi został mi przedstawiony w nieco szerszy, i jak dla mnie, bardziej przystępny sposób, ale nie było tego na tyle dużo, by na stałe zyskać moją uwagę. Sama sobie zepsułam zabawę ekranizacją, przez co czytanie było mało ekscytujące i w wielu momentach zwyczajnie się dłużyło. Styl autorki mogę określi co najwyżej na poprawny, ale to w żadnym razie nie jest wada. „Igrzyska śmierci” to głównie historia i jej bohaterowie, styl jest tu zaledwie dodatkiem, który umożliwił dobry przekaz całości. 


Gdybym miała ocenić dzisiaj samą książkę, zwyczajnie bym ja skrzywdziła. Nie jestem wstanie tego zrobić na tyle konstruktywnie, by być spokojną o własną ocenę. Muszę więc ocenić historię. Zrobić swoisty misz-masz emocji zarówno względem książki, jak i ekranizacji, bo tylko tak będę wstanie cokolwiek prawdziwie szczerego powiedzieć. 

Odpuszczę sobie również żmudne przytaczanie fabuły, wydaje się to zbyteczne biorąc pod uwagę rozgłos jaki zyskała ta książka. Czy zgadzam się z tak wysokimi ocenami i wszystkimi zachwytami? I tak i nie. Owszem, historia jest porywająca, świat dopracowany, a bohaterowie na tyle wyraziści, by można było poczuć do nich przeróżne rzeczy. Od sympatii, przez obojętność, aż po najczystszą nienawiść. Jedyne, co od początku mi przeszkadzało, to postać Peety, nie trafił do mnie kompletnie. W filmie był tragiczny, w książce zyskał trochę blasku, ale to wciąż nie jest bohater, którego miałabym ochotę zapamiętać na dłużej. Mam nadzieję jednak, że może w następnych tomach czymś mnie zdobędzie. Katniss to natomiast bohaterka, która zdobyła moje serce już na wstępie, czy to w filmie, czy też w książce. Reprezentuje dokładnie to, co bardzo lubię w kobiecych charakterach. Siłę, waleczność, ale i pewną kruchość, nie zapominając o indywidualizmie. 

Podsumowując; nigdy sobie nie wybaczę, że nie zaczęłam od książki. Ta recenzja wyglądałaby wtedy zupełnie inaczej, bo byłyby we mnie inne emocje. Tymczasem najmocniej odczuwam żal, bo „Igrzyska śmierci” to naprawdę porywająca historia, którą śmiało mogę polecić każdemu, niezależnie od wieku. 

Ja pozostaje z poczuciem niedosytu i wcale nie tak znowu irracjonalnej straty. Mogę tylko liczyć na to, że przy kolejnych tomach poczuje to, czego zabrakło mi przy czytaniu „Igrzysk śmierci”. 

Moja ocena: 7/10. 


Książka bierze udział w wyzwaniu:

37 komentarzy:

  1. Też tak mówiłam, że eee tam, że dla młodzieży, a potem przeczytałam w 3 dni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam dokładnie tak samo :)

      Usuń
    2. Mnie to zajęło trochę więcej czasu, ale podejrzewam, że tylko przez obejrzaną wcześniej ekranizację. W innym przypadku z pewnością połknęłabym książkę znacznie szybciej :)

      Usuń
  2. Czytałam "Igrzyska śmierci" parę lat temu i byłam zachwycona. Nie wiem jak dzisiaj oceniłabym tę książkę, ale podejrzewam, że nadal historia wciągnęłaby mnie bardzo mocno. Peeta na początku też mnie denerwował, ale później jakoś przestał być tak irytujący. Natomiast jeśli chodzi o ekranizacje to nie mam zamiaru oglądać, bo nie lubię Lawrence :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Czyli jednak jest jakaś nadzieja dla Peety! Super :D A ja nie mam nic do Lawrence, chociaż powiem szczerze, że wolę ją w filmach, niż w wywiadach. Przez chwilę może i jest zabawna itd, ale na dłuższą metę, gdybym miała z nią spędzić więcej czasu, chyba bym oszalała xD

      Usuń
    2. Mnie Lawrence wydaje się taka zabawna i naturalna na siłę. Nie wiem może to media tak ją kreują na taką dziewczynę z sąsiedztwa, super sympatyczną i zdystansowaną do całego Hollywood, ale ja tego nie kupuję :P

      Peeta nie jest taki zły, w trzeciej części irytował mnie Gale, mimo że to jego obdarzyłam na początku większą sympatią.

      Usuń
  3. Powiem Ci, że ja strasznie długo się przekonywałam do tej książki... Jeszcze nie znałam wtedy gatunku i wydawało mi się, ze fantasy dla młodzieży po prostu nie może być dobre, to nie dla mnie i koniec. Ale całe szczęście, że się przemogłam, bo uwielbiam całą serię... Czytaj dalej, według mnie druga część jest najlepsza :)

    http://pasion-libros.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że jesteś tego zdania. Potrzebowałam coś podobnego usłyszeć! :)

      Usuń
  4. A co w końcu podobało Ci się bardziej: książka czy ekranizacja? Nie wiem dlaczego, ale mi w ogóle nie przeszkadza poznawanie książki już po obejrzeniu filmu. Myślę, że i w tym wypadku będzie podobnie:) Co do Peety, ja zaś go uwielbiam w filmie jest dosłownie przeuroczy!:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiem! Na filmie było we mnie więcej emocji, bo to wtedy poznawałam całą historię. Aktorzy mi w większości pasowali, oprócz własnie Peety... Książka natomiast była bardziej szczegółowa i wydawała się dopełnieniem. Naprawdę nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

      Wracając do Peety... Uroczy to on może i był, ale jak dla mnie zbyt mocno xD Taka ciapa z niego wychodziła niekiedy. Nie wiem, nie podobał mi się grający go aktor i może to n najmocniej uprzedził mnie do postaci. Kto wie? xD

      Usuń
  5. Hm, powiem Ci, że w przypadku tej książki wyjątkowo cenię sobie Twoją opinię bo mam mieszane do niej uczucia ;) Choć widzisz czytam młodzieżówki, to jednak nie lubię tych najszumniejszych, a filmowe Igrzyska nie przypadły mi do gustu. Bardziej się męczyłam niż byłam zaciekawiona. Zastanawiam się zatem jak odebrałabym książkę. Może zmieniłabym zdanie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, sama nie wiem. wydaje mi się jednak, że ekranizacja była dość dobrym odzwierciedleniem książki, wiec jeśli cię nie porwała ekranizacja, to książka może być wprawdzie lepsza od filmu, ale czy na tyle, by warto ją było czytać? Możesz ją sobie pożyczyć i spróbować czytać, choć gdybym była Tobą, pewnie wolałabym sięgnąć po inne, ciekawsze tytuły :)

      Usuń
  6. Jeszcze jej nie czytałam, jednak z dnia na dzień mam coraz mniejszą na nią ochotę. To dziwne, ponieważ im więcej czasu upływa od momentu jej premiery - w blogosferze pojawiają się coraz bardziej krytyczne opinie na jej temat. Jeszcze trochę poczekam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze tak jest. Na początku są same ochy i achy, a z czasem pojawiają się nieco bardziej konstruktywne opinie. Osobiście nie dowierzam jeśli wszyscy chwalą jakąś książkę i bardzo rzadko się pod tym względem mylę. Z "Igrzyskami śmierci" wszystko było inne. Nie wątpiłam nigdy w dobrą historię, tylko sądziłam, że jako młodzieżówka, będzie dla mnie stratą czasu. Myślę też, że ocena całości jest tak wysoka przez prosty fakt, że "Igrzyska" rozpoczęły wielki boom na dystopię.

      Usuń
  7. Może kiedyś znów spróbuję przeczytać, bo jakoś nie mogę się przekonać. [ Aleja Recenzji ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie też ta książka dość długo zalegała na półce :D

      Usuń
  8. Tak to właśnie jest - zdecydowanie lepiej postawić najpierw na książkę, potem zaś na film.

    Mnie w książce Peeta chyba nie drażnił, ale jak zobaczyłam go na ekranie... Czysty dramat, nie dało się go oglądać.

    Masz przed sobą jeszcze dwie części książki, więc może tym razem będzie lepiej. Ja niebawem zabiorę się za 'Kosogłosa' i strasznie żałuję, że nie będę mogła wybrać się na ekranizację do kina - premiera zbiega się z terminem porodu, więc raczej prędko przed wielkim ekranem nie zasiądę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, nie sądziłam wtedy, że kiedyś jeszcze wrócę do młodzieżówek. Generalnie nie oglądam ekranizacji nie przeczytawszy książki. No cóż...

      No Peeta filmowy to kompletna pomyłka, zgadzam się xD

      Mam nadzieję, że następne tomy będą lepsze :) Wszystkiego najlepszego dla Ciebie i maleństwa :D

      Usuń
  9. I ja zrobiłam ten sam błąd. Najpierw poszłam na film z koleżankami kilka dni po premierze, nie byłam zupełnie świadoma, że istnieje książka. Dowiedziałam się po fakcie i oczywiście zaraz kupiłam całą trylogię, i przepadłam, ale pierwsza część mnie nie zachwyciła. Za to Kosogłos... najlepsza! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jest dla mnie jeszcze nadzieja! Cieszę się :D

      Usuń
  10. IŚ według mnie nie są typową młodzieżówką i bardziej pasują mi w roli książki dla starszych czytelników, bo oni chyba więcej z niej wyciągną ;) W każdym bądź razie dla mnie to arcydzieło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to z pewnością nie jest typowa młodzieżówka...

      Usuń
  11. Niestety, juz ogladalam film, a ksiazki nie udali mi sie przeczytać. I po Twojej recenzji nie jestem pewna, czy naprawdę warto poświęcać na to czas. Tym bardziej, ze film dla mnie byl dobry, ale nie zabójczy... Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze możesz spróbować. Ja już po kilkunastu stronach wiedziałam, że ta książka raczej mnie nie porwie, bo generalnie na nic nie czekałam. Wszystko było wiadome...

      Usuń
  12. Dopiero dziś natrafiłam na Twojego bloga i już wiem, że będę częściej wpadać! ;)
    Swoją drogą, świetnie piszesz. :)
    Zapraszam do mnie:
    http://ravenstarkbooks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja mimo, że w moim wieku nie wypada chętnie sięgam po młodzieżówki, a z Igrzyskami dałam ciała , bo najpierw obejrzałam film

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też już się opamiętałam i sięgam po młodzieżówki. Wprawdzie nie zawsze kończy się to dobrze, ale i tak warto, bo znalazłam dla siebie wiele naprawdę dobrych pozycji!

      Usuń
  14. Książki nie czytałam, ale oglądałam ekranizację powieści, która szalenie mi się podobała.

    OdpowiedzUsuń
  15. Witam serdecznie w gronie uczestników wyzwania Okładkowe Love! :)
    Życzę przyjemności z uczestnictwa i samych pięknych okładek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :D Powinnam mieć dużo zabawy z tym wyzwaniem :)

      Usuń
  16. U mnie była poprawna kolejność, pierw książka, a potem film. Ale ja nie odkryłam w serii tego nad czym tak się wszyscy zachwycają. Podobała mi się cała, no może poza Kosogłosem, którego ledwo zmęczyłam, autorka miała świetny pomysł na fabułę, wykreowanie świata, ale czy było to takie wielkie WOW, to nie wiem.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja z pewnością nie dałabym temu wszystkiemu więcej niż 8 gwiazdek, niemniej uważam, że z poprawną kolejnością, podobałoby mi się bardziej. Ale też głowy za to nie dam. Dopiero po skończeniu całej serii będę wstanie w pełni się wypowiedzieć. ;)

      Usuń
  17. Rzeczywiście w tym przypadku skrzywdziłaś się ekranizacją, wrażenia byłyby zdecydowanie lepsze, gdybyś jej nie oglądała.
    A Peeta... Cóż, on był jednak dziwną postacią. Jedno natomiast jest pewne, nie ma drugiej takiej dystopii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, cóż, pozostaje mi jednak nadzieja, że dwa następne tomy wynagrodzą mi pomyłkę popełnioną z tomem pierwszym.

      Cieszę się, że nie tylko dla mnie Peeta jest dziwaczną postacią xD

      Usuń