niedziela, 12 października 2014

"All The Light We Cannot See" Anthony Doerr

“Open your eyes and see what you can with them before they close forever.” 

Spomiędzy takich podstawowych dla człowieka zmysłów jak wzrok i słuch, wolałabym stracić ten drugi. Nie umiem sobie wyobrazić życia pozbawionego obrazów, kolorów, kształtów. Ciągła cisza również byłaby straszna, lecz myślę, że nie aż tak przerażająca jak ciemność, chociażby nawet rozjaśniana znikomym światłem. 

Wyobraźcie sobie, że tracicie wzrok, a kilka lat później wybucha wojna. Musicie uciekać, chować się i w dodatku potrafić rozróżnić wroga od przyjaciela. Przerażająca, całkowicie nierzeczywista wizja, prawda? 

„All The Light We Cannot See” Anthony'ego Doerr'a, nie jest typową książką o wojnie. To historia garstki bohaterów, których losy przeplatają się ze sobą na przestrzeni osiemdziesięciu lat - od 1934 do 2014 roku. Niemiecki chłopiec, Francuska dziewczynka, wojna, mniej lub bardziej prawdziwa legenda, jeden niezwykły diament o szumnej nazwie „Sea of flames” oraz mężczyzna, który dla zdobycia go jest gotowy zrobić dosłownie wszystko. 


Marie-Laure LeBlanc traci wzrok w wieku sześciu lat. Jest miłą, grzeczną dziewczynką kochającą książki. Jej ojciec pracuje w Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu, sprawując piecze nad kluczami do wszelkich skarbów tego miejsca, w tym do osławionego „Sea of flames”, na którym ciąży ciekawa legenda i niemałe przekleństwo. Kiedy Marie-Laure traci wzrok, ojciec buduje dla niej model miasta. Miniaturowe odzwierciedlenie ulic i domów, by dziewczynka mogła się nauczyć go na pamięć za pomocą dotyku i samodzielnie poruszać się po mieście. Nie wychodzi jej to od razu, lecz z czasem liczenie kroków czy zapamiętywanie kierunków wydaje jej się naturalne. Wszystko w życiu tych dwojga się układa aż do wybuchu wojny. Niemiecka okupacja zmusza ich do ucieczki, a  miejscem docelowym okazuje się malownicze Saint-Malo, małe, nadmorskie miasteczko gdzie mieszka wuj ojca dziewczynki – weteran I wojny światowej.

Werner Pfennig to z kolei sierota wychowujący się w niemieckim domu dziecka wraz ze swoją młodszą siostrą Juttą. Jego drobna budowa ciała oraz charakterystyczne, bardzo jasne, niemal białe włosy, są przyczyną jego wielu kłopotów. Tym, czym Werner się jednak wyróżnia jest inteligencja oraz wielki talent do majsterkowania. Zaczyna się od naprawienia jednego radia dzięki któremu może z siostrą rozkoszować się magicznymi audycjami radiowymi z dalekiej Francji, a niedługo potem jego talent zostaje zauważony i doceniony. To słowo brzmi jak coś pozytywnego, a nie koniecznie takie jest. W wieku czternastu lat Werner trafia do specjalnej wojskowej szkoły dla chłopców. Ma nadzieję zdobyć jak największą wiedzę o technice i technologii, co się udaje, jednak jest okupione niewysłowioną ilością cierpienia. 

Kiedy myśli się o II wojnie światowej, jej przyczynach, głównym agresorze, obozach, szumnych, lecz szalonych koncepcjach, mimowolnie w naszych umysłach jawi się obraz złych ludzi robiących innym jeszcze gorsze rzeczy. Widzimy mężczyzn w wypolerowanych do połysku oficerkach i mundurach z nazistowską swastyką. Jakkolwiek nie bylibyśmy wyedukowani, tolerancyjni czy zwyczajnie obojętni, pewne obrazy są w nas zakorzenione. Anthony Doerr postanowił przedstawić nam jednak bohatera, którym z pewnością mogło być wielu młodych Niemców, brutalnie szkolonych i łamanych w elitarnych szkołach w tamtym okresie. Bohatera, który w normalnych warunkach nie skrzywdziłby muchy, czułego i ciepłego. Na tyle też silnego, by wbrew wszystkiemu, nawet temu, co był zmuszony uczynić w imię przetrwania, nie zostać nigdy w pełni złamanym. 

“To men like that, time was a surfeit, a barrel they watched slowly drain. When really, he thinks, it’s a glowing puddle you carry in your hands; you should spend all your energy protecting it. Fighting for it. Working so hard not to spill one single drop.”

Wspomniany diament to wątek wprowadzający do książki nutkę fantastyki, ale czy na pewno? „Sea of flames” wydaje się mieć bowiem pewną moc – chroni od śmierci tego, kto go posiada, zsyłając przy tym nieszczęścia na wszystkich, których jego właściciel kocha - przynajmniej tak głosi legenda. Reinhold von Rumpel – śmiertelnie chory, Niemiecki starszy sierżant, desperacko pragnie go zdobyć. Lekarze dają mu zaledwie kilka lat życia, a guz w jego gardle ciągle rośnie, nie dając mu ani odrobiny nadziei. Tylko gdzie jest „Sea of flames” skoro nie ma go w muzeum? Co się z nim stało? Kto go ma? Von Rumpel spędza całe lata, by się najpierw tego dowiedzieć, a następnie go odnaleźć... 

Nie byłabym sobą, gdybym nie poświęciła stylowi autora chociaż kilku zdań. To, jak Doerr pisze jest zwyczajnie magiczne. Poetyckość, plastyczność i idealne wyczucie w opisach sytuacji, miejsc czy nawet uczuć, jest fenomenalne. Dawno już nie czytałam książki, którą w tak wielu drobnych szczegółach widziałabym w głowie w trakcie czytania. Jasne, nie trudno sprawić, by czytany tekst zyskał obraz. Wystarczy dobry opis i odrobina wyobraźni czytającego. Sztuką jest jednak zrobić to w taki sposób, by te opisy nie były męczące. Anthony Doerr posiada w tej kwestii idealne wyczucie, a trzecioosobowa narracja w czasie teraźniejszym dodaje wszystkiemu specyficznego smaku. 

Nie byłabym też sobą, gdybym nie wspomniała czegoś o wadach powieści. Historia „All The Light We Cannot See” okazała się bowiem absolutnie różna od moich oczekiwań. Po opisie sądziłam, że dostanę odrobinę więcej akcji, odrobinę więcej szpiegowskiej nagonki jako, że Werner po wcześniejszym ukończeniu szkoły zajmuje się odnajdywaniem grup partyzantów. Tymczasem sama grupa partyzancka w Saint-Malo, choć ciekawa - niemalże założona przez starsze panie, które siedząc w kuchni przy plotkach, wpadają na pomysł „robienia na złość” Niemcom - nie miała zbyt wiele miejsca w tej historii, a dokładnie na to liczyłam. 

No i wciąż nie wiem co sądzić o wątku fantastycznym. Jego oprawa, barwnie przedstawiona legenda oraz niejednoznaczny wpływ diamentu na wydarzenia, jest doskonale poprowadzona i wprowadza pewien nieokreślony niepokój. Tylko czy było to potrzebne? Czy nie wolałabym, żeby zamiast tego, autor wykorzystał powstałe miejsce na rozbudowanie innych wątków. Raczej tak...

Liczyłam też na rozsadzające mózg zakończenie, tymczasem wszystko było dość stateczne, utrzymane na mniej więcej tym samym poziomie. Jako niepoprawna romantyczka miałam nadzieję na nieco bardziej rozwinięty wątek Marie-Laure/Werner, tymczasem do ich spotkania dochodzi bardzo, bardzo późno. Nie mogę też powiedzieć, że ów spotkanie zaspokoiło moje wygłodniałe serce, które na koniec zostało dodatkowo brutalnie rozdarte. To ma jakiś urok, pewnie wielu czytelników jest tym zachwyconych, ale ja nie byłam. 

Podsumowując; jakiekolwiek spory by nie był mój zawód względem kilku wątków, nie mogę przez to skreślić tej książki. „All The Light We Cannot See” całkowicie mnie pochłonęło na wiele godzin. Zwyczajnie nie chciałam się rozstawać z tą historią, jej bohaterami i fenomenalnym stylem autora, nawet jeśli przysporzył mi niekiedy drobnych językowych problemów ;)

Moja ocena: 8,5/10

“'When I lost my sight, Werner, people said I was brave. [...] But it is not bravery; I have no choice. I wake up and live my life. Don’t you do the same?' He says, 'Not in years. But today. Today maybe I did.'”

PS. Wybaczcie, ale nie umiałam o tej książce napisać krócej, a czekanie na zajęcia ze statystyki, które w końcu się nie odbyły, okazało się zaskakująco inspirujące xD

Książka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love

37 komentarzy:

  1. Intrygująca fabuła, co tu dużo mówić, interesuje mnie ta książka, może któreś z naszych wydawnic ją wyda, i zaspokoi moją ciekawość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może jakieś się nią zainteresuje. Autor ma już trochę na swoim kącie, ale może akurat ta pozycja wprowadzi go na nasz rynek? O ile się nie mylę wyszła dopiero w maju tego roku, więc jest szansa :)

      Usuń
  2. Fabuła jest nawet interesująca, ale jakoś ten wątek fantastyczny mnie nie przekonuje. Ostatnio stronię od takich wtrąceń, bo nie zawsze się to dobrze kończy w moim przypadku :D
    Współczuję statystyki, podoba Ci się? To była moja zmora w zeszłym roku :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, nie zawsze tego typu wtrącenia są dobre, choć do fantastyki nic nie mam, tyle, że jakoś do tematu mi tu średnio pasuje. Tzn. żebyś mnie źle nie zrozumiała, wszystko jest tu dobrze ze sobą połączone, na sam klejnot równie dobrze może być tylko diamentem o trzydziestu trzech (!) karatach, który ma świetną legendę, po prostu tego nie wiadomo. Wolałabym jednak, by zamiast tego wątku było więcej Wernera i Marie-Laure. :)

      Statystyka nie jest zła, gorzej u mnie z finansami publicznymi, to jest dla mnie prawdziwa katorga przez którą co kwadrans podczas zajęć zastanawiam się na co, do cholery, ja się porwałam xD

      Usuń
  3. Hm... bardzo mnie razi ten wątek fantastyczny i chyba do niego miałabym największe zastrzeżenia... I do wątku szpiegowskiego. Starsze panie robiące Niemcom na złość to na pewno nie lada gratka :/ Mimo to ocena imponująco wysoka!

    Mam jednak dwie dygresje: po pierwsze podziwiam Cię, że czytasz książki po angielsku! Znam ten język, ale żeby czytać jakieś powieści i z nich coś wynieść... musiałabym jedną chyba z miesiąc próbować ogarnąć. Naprawdę wielkie brawa dla Ciebie :)
    Po drugie - ekhm, myślę, że ta recenzja wniosła do Twojego życia i czytelników Twojego bloga więcej niż zajęcia ze statystyki ;P Studia naprawdę czasem ułatwiają życie nam blogerom ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te panie tak zaczynały, ale to szybko zamieniło się w coś więcej, zupełnie poważnego. A fantastyka w tym wszystkiej jest, albo jej nie ma, nie wiadomo. Wszystko zależy od czytelnika, ja nie zostałam przekonana. Dla mnie to równie dobrze mógł byś zwykły, no może nie taki zwykły, bo to wciąż 33 karatowy diament, plus cudowna legenda i kilka zbiegów okoliczności o jakich nie trudno w tamtych okolicznościach.I może dlatego, że nie dostałam konkretnej odpowiedzi, tak mi to przeszkadza, bo ten czas mógł być spędzony z Wernerem i Marie-Laure już nawet nie na wątku stricte romantycznym, ale po prostu ich znajomości.

      Czytanie po angielsku przychodzi mi zupełnie naturalnie. Jeśli tekst nie jest naładowany jakimś wymyślnym językiem jak tutaj, pełno techniczne żargonu dotyczącego wojska, techniki, części radia etc, to czytanie jest dla mnie niemalże takie samo, jakbym czytała po polsku. Powiem Ci nawet, że często odkrywam większe pełno oryginałów niż tłumaczeń. Być może to będzie głupi przykład, ale jakkolwiek nie trawię Graya, w języku angielskim główna bohaterka nie wydaje się aż tak pusta. Wprawdzie tylko zajrzałam do oryginału z ciekawości, ale od razu poczułam różnice. Czasami wolę oryginały od tłumaczeń.

      Mnie tam studia życia nie ułatwiają, pamiętaj, że ja jestem na zaocznych nie na dziennych, więc mniej u mnie nudy, bo wszystko jest skondensowane na tyle, by wymagało wzmożonej uwagi. Szczególnie na statystyce hehe. Dzisiaj po prostu nie było zajęć, ale nikt nas nie poinformował, a że i tak musiałabym czekać na autobus do domu, to zajęłam się recenzją :D

      Usuń
    2. Acha.... Wysoka ocena, bo czułam magię na każdej stronie, bo tak dobrze wszystko było mi podane, bo bohaterowie wyszli z utartych schematów... mogłam wymieniać i wymieniać :)

      Usuń
    3. Faktycznie wygląda to jak mały esej :D

      Czuję się zatem niepocieszona, bo z jednej strony piszesz o magii wyzierającej z każdej strony, a z drugiej o jakiś kompletnie niepowiązanych wątkach, które zostały potraktowane jakby po macoszemu... Jakby autor chciał ze swej książki zrobić kolaż gatunków, nie przykładając się do żadnego na 100%.

      Może i ja spróbuję sił z oryginałami? Miałam raz jedną z książek Kinga w oryginale, ale sprzedałam ją, bo nawet nie chciałam próbować. Może to był błąd. Możliwe, że przyszłoby mi to tak łatwo, jak Tobie... albo bym się męczyła. W każdym razie nie zmieniam zdania i podziwiam Cię za to, naprawdę, zupełnie szczerze :)

      A co do Twoich studiów to zdaję sobie sprawę, że na zaocznych macie po prostu gorzej bo plan jest tak napchany, że szkoda gadać. A do tego czasu i tak za mało, żeby wszystko tak dobrze przerobić, by było 100% zrozumiałe. Wiem coś o tym, bo sama byłam na zaocznych, ale zrezygnowałam właśnie przez wzgląd na to, że zupełnie nie umiałam pogodzić pracy z nauką w systemie pięć dni w pracy/dwa na studiach (zaznaczam, że miałam wykłady co tydzień a nie co dwa jak to zwykle bywa :/) i najnormalniej w świecie oblałam sesję... A co dopiero wcisnąć w to jeszcze inne rzeczy ;)

      Usuń
    4. To co nazwałam magią, nie ma wiele wspólnego z teoretycznie magicznym diamentem xD Po prostu książka ma swój klimat niezależnie od tego ile minusów bym w niej znalazła. Nie sądzę też, by temat był potraktowany po macoszemu, on ma wprowadzać zagadkę. Ta koncepcja ma z resztą wielu fanów, ja po prostu nastawiłam się na coś innego i wyszło jak wyszło xD

      Spróbuj coś przeczytać w oryginale, to owszem zajmuje odrobinę więcej czasu, ale nie na tyle, by z tego rezygnować :)

      Usuń
  4. Też nieraz czekam na jakieś niecodzienne, rozsadzające mózg zakończenie, a tu... nic! Zwykły rozdział, nic wielkiego. Mam ostatnio wrażenie, że autorom pod koniec brakuje już pomysłów.. ;/ Jeśli ogólnie książka była fajna, to jeszcze, ale jeśli taką sobie zepsuto zakończeniem... No comment :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tutaj stanowczo reszta ratuje słabe zakończenie :)

      Usuń
  5. Ooo, bardzo ciekawa książka, zaciekawiłaś mnie! Szkoda, że nie ma jeszcze polskiego wydania, bo nie jestem pewna, czy bym sobie poradziła czytając całą książkę po angielsku. Chyba będę musiała zaczekać, oby kiedyś książka została wydana w Polsce :)

    http://pasion-libros.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy jaki jest poziom Twojego angielskiego. Tutaj było czasem trochę dziwnego żargonu technicznego, no i autor pisze w dość specyficzny sposób. Poznałam wieleeeeee nowych słówek :D Ale nie było aż tak źle :) Niemniej sama mam nadzieję, że jakieś wydawnictwo wyda tę książkę w naszym kraju.

      Usuń
  6. Nie słyszałam jeszcze o tej pozycji, a wydaje się bardzo oryginalna...

    OdpowiedzUsuń
  7. Jedyne, co mogę w tym momencie napisać- zaciekawiłaś mnie ! Zupełnie sobie nie wyobrażam utraty któregokolwiek ze zmysłów (ale tak jak i Ty, wolałabym już stracić słuch niż wzrok ) i to jeszcze akurat przed wojną !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię zaciekawiłam! A Marie-Laure jest moją bohaterką. Na samą myśl o scenach, kiedy musiała się chować, albo ucieka i jak sobie z tym wszystkim poradziła bez wzroku, odczuwam niepokój. Nie umiem sobie siebie wyobrazić na jej miejscu. Cudowna postać.

      Usuń
  8. Jeśli tylko zostanie u na wydana, to na pewno ją przeczytam. Tematem II wojny światowej się interesuję, a tu fabuła jest nader ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że kiedyś ta książka się u nas pojawi, myślę, że naprawdę znalazłaby czytelników przez swoją oryginalność i przepiękny język.

      Usuń
  9. O, chętnie bym się na nią skusiła. Intrygująca fabuła. Może ukaże się w Polsce, wtedy na pewno przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nawet nie wiesz jak Ci zazdroszczę czytania takich cudów w oryginale, pisz do Videografa, może się skuszą? :-) i wybacz, że tak dawno Cię nie odwiedzałam, pędzisz z tymi postami jak szalona :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem czy tak znowu pędzę ;) Nie mam czego wybaczać, sama wiem jak to jest z brakiem czasu, bo sama go mam coraz mniej. Jakby każdego dnia doba była krótsza... :/

      Usuń
  11. Szkoda, że nie potrafię czytać płynnie obcojęzycznych książek. To jednak dla mnie zbyt trudna sztuka, ale mam nadzieję, że któreś nasze wydawnictwo pokusi się o wydanie tej książki, bo brzmi naprawdę obiecująco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, problem z czytaniem po angielsku jest taki, że dużo ludzi próbuje dosłownie wszystko tłumaczyć. Każde pojedyncze zdanie, słowo w słowo. A to błąd. Ja nie przetwarzam dosłownie wszystkiego. Nie wiem, czy potrafię to dobrze wyjaśnić, żeby nie wyszło, że czytam po łebkach xD Ważny jest sens, a nie każde pojedyncze słowo. O! Dodatkowo myślę, że nauka języków w naszym kraju, zresztą nie tylko w naszym, jest zbyt mechaniczna, nauczany język ma się nieraz nijak do tego, który tak naprawdę funkcjonuje. Znam wiele osób, które mają technicznie wykuty język na blachę, ale w praktyce nie wiele rozumieją. Ja uczyłam się języka sama, przynajmniej na początku, bo w szkole miałam niemiecki, ale to angielski mnie pociągał, więc korzystałam z książek brata (jeśli chodzi o gramatykę), ale tak naprawdę uczyłam się przez tłumaczenie piosenek, artykułów etc. Angielski miałam dopiero w liceum, a maturę zarówno ustną jak i pisemną pisałam rozszerzoną i bardzo dobrze mi poszło. Nie mogę tego jednak zawdzięczać nauczycielom, a własnym początkom przygodny z językiem. Nauczyłam się kombinować i dedukować w oparciu o gramatykę, a nie bazując całkowicie na niej. Może to błąd, może ktoś by uznał mój angielski za niechlujny czy coś w tym stylu, ale do czytania, jak widać, idealnie się nadaje :)

      Usuń
    2. Ja w szkole miałam tylko rosyjski i niemiecki, a angielskiego tak na własną rękę próbowałam się uczyć, ale przy moim słomianym zapale, mizernie mi to wychodziło.

      Usuń
  12. Zapowiada się interesującą, jednak chyba nie jestem aż tak dobra w obcych językach, aby ją przeczytać. Może wydadzą ją w Polsce? :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Gdy tylko książka zostanie u nas wydana to z pewnością się nią zainteresuję ;) Liczę na to, że kiedyś to nastąpi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również na to liczę! Chętnie przeczytałabym ją jeszcze raz, tym razem w naszym języku :)

      Usuń
  14. Zapowiada się bardzo ciekawie, ciekawe czy dotrze do nas ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że ma na to jakieś szanse, bo jest oryginalna, a tematyka II wojny światowej jest w naszym kraju popularna :)

      Usuń
  15. Przerażająca tematyka, będąc niewidomym w czasie wojny na pewno trudno sobie poradzić. Tak wysoka ocena zachęca mnie do przeczytania, książka na pewno będzie poruszająca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, być niewidomym podczas wojny, jeszcze II wojny światowej gdzie Niemcy uważali niepełnosprawnych za niegodnych życia... Ciężko to sobie wyobrazić.

      Usuń
  16. piękna książka :) zazdroszczę przeczytania, a jeżeli chodzi o Okładkowe love to w moim przypadku skłaniałabym się raczej ku tej pierwszej okładce ;p ale prawda - obie piękne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie obie okładki zaczarowały i każda ma coś w sobie :)

      Usuń
  17. Po bardzo pozytywnych recenzjach, książka mnie mocno rozczarowała. Począwszy od ubogiego życia wewnętrznego bohaterów, a kończąc na mało interesującej akcji, trudno znaleźć w tej książce coś dzięki czemu mógłbym ją polecić innym. Książka powinna się spodobać wielbicielom twórczości Coelho.

    OdpowiedzUsuń