czwartek, 16 kwietnia 2015

"Słowo honoru" Nelson DeMille

Nelson DeMille gościł na moim blogu kilka miesięcy temu, gdy zachwycałam się jego „Szkołą wdzięku”. W tamtej recenzji wspomniałam o służbie autora w wojsku, o tym, jak bardzo jego doświadczenia wpłynęły na realizm powieści opowiadającej o zimnej wojnie. I wciąż tak myślę. Niemniej jednak to, co autor był wstanie zrobić z historią dziejącą się w wojnie w której sam brał udział (Wietnam, ofensywa Tet w 1968 roku), jest nie do opisania. „Słowo honoru” nie bez powodu jest lekturą obowiązkową w wielu college’ach w stanach, choć to, jak twierdzi autor, oprócz kilku ogólnych faktów - powieść całkowicie fikcyjna. 

Ben Tyson to weteran wojenny wojny w Wietnamie. Zasłużony, odznaczony, ranny podczas akcji. Dobry mąż, ojciec, biznesmen. Wiedzie mu się dobrze, jest szczęśliwy, niezmiennie zakochany w swojej żonie. Wszystko w jego życiu układa się perfekcyjnie. Niestety tylko na pozór. Jak wielu żołnierzy Ben ma swoje tajemnice. Koszmarne tajemnice, których przysiągł nigdy nie wyjawić. I miał zamiar dotrzymać słowa. Problem w tym, że pisarz Andrew Picard wydaje książkę – „Hue. Zagłada miasta” w której znajduje się obszerny opis tego, jak żołnierze dowodzeni przez porucznika Benjamina Tysona wymordowali w wietnamskim szpitalu ponad setkę mężczyzn, kobiet i dzieci – pacjentów, żołnierzy, pielęgniarki, lekarzy… Ktoś złamał przysięgę milczenia, to jest jasne. Bardziej mglista jest natomiast przyszłość Bena. Jako porucznik, wedle wojskowego prawa, odpowiada za swoich ludzi, a zarzut morderstwa nie podlega przedawnieniu. Co gorsze, karą za podobną zbrodnie może być nawet rozstrzelanie. Opinia publiczna jest podzielona, tak samo jak środowisko wojskowe. Zbrodnia, która miała miejsce prawie dwie dekady temu dla wielu zdaje się zwyczajnie abstrakcyjna. Ben odmawia wyjaśnień, natomiast władze międzynarodowe domagają się sprawiedliwości. Proces jest nieunikniony, tak samo jak rozliczenie się z przeszłością.

Nic nie jest jednak tak oczywiste, jak można przypuszczać, skoro nie ma absolutnie żadnych fizycznych dowodów na to, że cokolwiek w tamtym szpitalu się wydarzyło. Słowo przeciwko słowu, a raczej domniemanie przeciwko milczeniu, bo Ben oficjalnie nie mówi nic. Zaledwie prywatnie daje kilka odpowiedzi, czym wprawia czytelnika w konsternacje. Z jednej strony mamy tu sympatycznego człowieka, typowego, szorstkiego wojaka o czułym sercu, z drugiej mężczyznę, który ewidentnie coś ukrywa i do samego końca nie bardzo wiadomo, jak go ocenić. Co stało się w tamtym szpitalu? Dlaczego istnieje więcej niż jedna wersja tamtego jednego dnia? Kto kłamie, a kto mówi prawdę? Kto jest tym dobrym, a kto złym, a może nie ma tu ani jednych, ani drugich…? 

Szczerze mówiąc nie bardzo wiem jak powinnam się odnieść do „Słowa honoru”. Jak o tej książce napisać, by zachować dystans i obiektywizm, skoro wciąż szarpią mną sprzeczne emocje. Oceniać ją jako powieść, gdzie styl, bohaterowie i akcja mają znaczenie, czy może skupić się na aspektach psychologicznych i moralnych, które z pewnością ta książka posiada? Czy mam prawo oceniać głównego bohatera i wszystkich pozostałych, niby to fikcja, pamiętam, ale czy podobne rzeczy nie mogły, albo nawet nie wydarzyły się gdzieś indziej? Może nawet dzisiaj, gdzieś tam na świecie podobny koszmar właśnie się wydarza. To przerażające. 

Myślę, że oceną tej historii pod względem moralnym mógłby się podjąć tylko i wyłącznie inny żołnierz, weteran wojenny, ktoś, kto poznał co to wojna na własnej skórze. Bo można sobie czytać książki, oglądać filmy, słuchać niezliczonych wojennych wspomnień, a i tak pewne kwestie na zawsze pozostaną gdzieś poza naszym zrozumieniem. I może skończę ten wątek słowami mojego nowego ulubionego adwokata (o nim później), tym bardziej, że sam autor również je przytacza w przedmowie:

„Coś panu powiem i będzie to największa prawda na temat wojny, panie Tyson. Ostatecznie wszystkie historie wojenne to gówno. Niezależnie czy opowiadają je generałowie, czy szeregowcy: to wszystko gówno. Od Iliady do Grenady: gówno. Nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć prawdziwej historii wojennej i nigdy takiej nie opowiedziałem, pan też nie.” 

Co do kwestii technicznych… Nelson DeMille po raz kolejny spisał się świetnie. Uwielbiam jego styl. Bywa konkretny w chwilach, gdy liczy się pośpiech, zamieniając się w gawędziarza opowiadającego o smakach, zapachach i kolorach, gdy potrzebne to jest do wczucia się w miejsce, do którego nas zabiera. Autor stworzył niebywale wielowarstwowego głównego bohatera, przedstawiając go tak, by każdy z czytelników mógł go osobiście ocenić. Nie odnosi się do niczego, zadaje jedynie pytania, na które odpowiedzi znamy tylko my sami. Uwielbiam, gdy tak ciężkie tematycznie książki pozostawiają mi możliwość wyboru i niczego nie narzucają. Są przez to jeszcze bardziej naładowane emocjami, ale to tylko świadczy o nich dobrze. 

Otaczający Bena ludzie, jego żona, syn, towarzysze broni, ludzie odpowiedzialni za przeprowadzenie śledztwa, obrońcy i oskarżyciele, przyjaciele i wrogowie – absolutnie wszyscy w tej książce to odrębne jednostki, które przeżywają wszystko na swój własny sposób. Jedni rozumieją z tego więcej, inni mniej, dla jeszcze innych to z kolei zaledwie kolejna mało chwalebna historia amerykańskiej armii. 

Ale żeby nie było tak ciężko, poważnie i smutno, DeMille postanowił w tym całym koszmarze dorzucić mały promyk słońca w postaci adwokata Tysona – Vincenta Corvy. Dawno już się tak nie uśmiałam, co w obliczu całości bywało po prostu surrealistyczne. Nigdy nie zapomnę czytania pierwszej rozprawy. Pan Corva doprowadził mnie do głośnego śmiechu, a potem spoważniał i dostałam kolanem w brzuch. Taki właśnie jest Corva, zabawny do chwili, kiedy nie zapragnie dać ci w zęby. 

Co do wad, to tak samo jak w przypadku „Szkoły wdzięku”, kwestie uczuciowe, stricte romansowe niekoniecznie są mocną stroną autora. Nie rozumiem po co je na siłę wciska, ale trudno, jestem wstanie mu to wybaczyć, choć akurat w tym przypadku jeszcze mocniej ten wątek namieszał w ocenie głównego bohatera. Być może taki był cel, a jednak miałam często poczucie niedosytu. Reakcje, emocje, uczucia – niby były, ale jakby pojawiały się znikąd. A może to po prostu typowe męskie podejście? 

Podsumowując; „Słowo honoru” to przerażająca historia człowieka, który wcale się nie prosił o nic, co go spotkało, a jednak nie można go tak po prostu nazwać niewinnym. To historia o żołnierzach i wojnie jaka zebrała swoje żniwo w więcej, niż jednym znaczeniu tego słowa. Historia o miłości żony do męża, syna do ojca, patrioty do swojego kraju. Opowieść o honorze, dobru, złu – ponownie, w wielu jego odsłonach. Ta książka rozdzierała mi serce wiele razy. Choć toczy się dość niespiesznie, ciężko się oderwać, a ostatnie 200 stron (całość liczy ponad 600), zwyczajnie się połyka na raz. Czy muszę mówić, że poluję już na kolejne książki autora? ;)

Gorąco polecam! 

Moja ocena: 9/10



Książka bierze udział w wyzwaniach: Kiedyś przeczytam oraz Czytam opasłe tomiska.

Przypominam także o konkursie :)

32 komentarze:

  1. Hmm... narobiłaś mi ochoty na kolejną książkę... "Szkołę wdzięku" zamówiłam sobie dzisiaj ;) udało mi się znaleźć na allegro jeszcze taniej niż w Dealusie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Książki wojenne to niestety nie mój gust. Więc raczej się nie skuszę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie moje klimaty . Zainteresowało mnie to co napisałaś o podejściu autorów do romansu. Fakt bardzo często spotkałam się z takim pojawianiem się znikąd uczuć i zupełnie innym podejściem niż u autorek. Czasem dobrze zobaczyć jak to wygląda z drugiej strony;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak bardzo zachwalasz, że jestem się w stanie skusić, choć to totalnie nie moja bajka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda, że nie przeczytałam tej recenzji przed dzisiejszym wypadem do księgarni, bo widziałam sporo przecenionych książek tego autora i na pewno zwróciłabym na niego uwagę, gdybym wiedziała, że tak zachwalasz. Może następnym razem. Ale coś czuję, że też byłabym pod wrażeniem książek DeMille'a

    OdpowiedzUsuń
  6. Monika Skrzyszowska16 kwietnia 2015 17:39

    Szczerze to nie pamiętam, kiedy ostatnio czyrałam jakąś książkę o wojennej tematyce. Ale ta recenzja mnie uwiodła, więc zapoluję na tę książkę

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie spodziewałam się po tej książkę zbyt wiele, a tu proszę - taka ocena ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mimo tak pozytywnej oceny ja jednak zrezygnuję z poznania tego tytułu. Jakoś do mnie nie przemawia... :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Super :D Jestem ciekawa, czy Ci się spodoba "Szkoła wdzięku". Jeśli tak, możesz bez przeszkód sięgać po "Słowo honoru" :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Autorki też czasem popełniają taki błąd, ale chyba częściej wynika to z ich nieumiejętności pisarskich. W przypadku DeMille'a mam wrażenie, że to zwykły męski konkretyzm. Faceci się nie rozwodzą nad tym, dlaczego coś czują. Nie tak jak kobiety. Po prostu czują.

    OdpowiedzUsuń
  11. Czasem warto eksperymentować :D Ja uwielbiam eksperymentować, co chyba widać po książkach na moim blogu, całkowity misz masz xD

    OdpowiedzUsuń
  12. Polecam! Szczególnie, że dużo jego książek można tanio wyłapać :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Cieszę się, że recenzja Cie uwiodła :D I dobrze, bo książka jest genialna i warta przeczytania :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Po pierwszych 100 stronach też nie spodziewałam sie takiej oceny, ale im dalej, tym było lepiej :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Rozumiem, nie każdy lubi taką tematykę :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Brzmi bardzo ciekawie! Lubię od czasu do czasu poczytać sobie takie wojenne książki. Już sobie zapisuję tytuł ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. O proszę, jak to pozory mogą czasami zmylić :) Chętnie dam jej szansę.

    OdpowiedzUsuń
  18. "Szkoła..." jest w drodze do mnie, muszę tylko zamówić sobie na allegro jeszcze trochę więcej wolnego czasu... ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Przekonałaś mnie ostatecznie, żeby sięgnąć po twórczość de Mille'a. Wcześniej nie zwracałam uwagi na tego pisarza, opis fabuły "Słowa honoru" też pewnie by mnie nie zaciekawił, bo rzadko czytam książki zogniskowane wokół tematyki wojny, działań żołnierzy itd., ale zachęciłaś mnie, żeby spróbować :) Przekonuje mnie głównie ta niejednoznaczność w ocenie moralnej bohaterów. Zgadzam się, że nigdy nie zrozumiemy ludzi, którzy walczyli i mają za sobą takie doświadczenia, dlatego tak trudno jednoznacznie stwierdzić, co żołnierz może, a czego nie.

    OdpowiedzUsuń
  20. Ładny lakier :D A co do książki, to naprawdę mnie przekonałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Przyznam, że pierwszy raz słyszę o tym autorze, ale bardzo podoba mi się Twoja recenzja :> Choć nie wiem, czy po książkę sięgnę w najbliższym czasie :d

    OdpowiedzUsuń
  22. Nie wiem, jak to się stało, ale nigdy wcześniej nie słyszałam ani o autorze, ani o książce. A widzę, że powinnam... Na pewno ją przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Cieszę się, że Cię zainteresowałam :D

    OdpowiedzUsuń
  24. O tak! Okładka nieciekawa, znowu, ale wnętrze boskie :D

    OdpowiedzUsuń
  25. DeMille ma tę cudowną zdolność przedstawiania kontrowersyjnych tematów w taki sposób, że choć masz wszystkie informacje, nie czujesz się popchnięta w którąkolwiek ze stron. Jak dla mnie akurat on mógł się pokusić o jakieś stanowcze zdanie, w końcu walczył dokładnie w tym samym roku w tym miejscu o jakim mówi książka. A jednak wciąż tego nie robi, co podejrzewam było bardzo trudne, ale wyszło całości na dobre. Jestem niemal pewna, że byłabyś zadowolona z lektury "Słowa honoru" czy też "Szkoły wdzięku". No i pewnie też pokochałabyś Corve :D Ten prawnik potrafił dać czadu hehe

    OdpowiedzUsuń
  26. Dzięki :D Kolor jest świetny, ale średnio się trzyma na paznokciach, niestety. Cieszę się, że zachęciłam Cię do książki :)

    OdpowiedzUsuń
  27. W takim razie muszę się przekonać jakie wrażenie twórczość DeMille'a na mnie zrobi :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Myślę, że muszę zapoznać się z twórczości tego pisarza. Po tak pozytywnej recenzji, nie można inaczej :)

    OdpowiedzUsuń
  29. Myślę, że DeMille to taki autor, który jest wstanie zadowolić wiele różnych typów czytelnika. Nie bez powodu jego książki od tylu lat są w mniejszym, bądź większym stopniu, a jednak popularne. Kiedy książka ma więcej niż 10 lat i uzyskuje wciąż na nowo te same wysokie nocy, to coś musi być na rzeczy ^^

    OdpowiedzUsuń