poniedziałek, 27 lipca 2015

"Upał" Marcin Ciszewski

Przyznam się, że po fenomenalnym wręcz „Mrozie” Marcina Ciszewskiego, ogromnie się bałam sięgnąć po kolejną jego książkę. Próbowałam być sceptyczna, by w razie czego nie bolało zbyt mocno, niestety nie zawsze się da. W przypadku „Upału” nie byłam wstanie nie liczyć na coś naprawdę dobrego. Co mi z tego wyszło?

Stadion narodowy, ćwierćfinałowy mecz piłki nożnej, groźba całkiem poważnego i całkiem realnego zamachu terrorystycznego - kontra sprawdzona w boju grupa dowodzona przez nikogo innego jak Jakuba Tyszkiewicza. Oto zapowiedź wyśmienitej akcji, przerażającego scenariusza wydarzeń, które mogą stać się naszą rzeczywistością niemal każdego dnia, pełnokrwistych bohaterów i sporej dawki politycznych gierek.

W „Upale” nie brakuje brudnych zagrywek, szemranych interesów, trupów, krwi i sytuacji, w których czyjeś życie wisi na włosku. Nie ma tu czasu na dłuższe przemyślenia nad słusznością podejmowanych przez bohaterów decyzji, bo ten ucieka, w dodatku ucieka bardzo szybko. W obliczu tak potężnego zagrożenia i problemów osobistych, Jakub Tyszkiewicz ma naprawdę wiele na swojej głowie. Ma też wielu wrogów zdolnych do wszystkiego, byle tylko zdyskredytować go w oczach ludzi, którzy bez zająknięcia, to właśnie w nim pokładają zaufanie. Ponownie… 


Marcin Ciszewski po raz kolejny dał mi dokładnie to, czego oczekuję po książce sensacyjnej. Nie pozwolił mi się nudzić, nie męczył zbędnymi, ledwie wiążącymi się z głównym wątkiem scenami. Trzymał tempo, zwiększał napięcie, przy okazji zakochał mnie tylko mocniej w Stanisławie Krzeptowskim (nie ma to jak góralska krew!). 

Niestety „Upał” nie porwał mnie aż tak bardzo jak „Mróz”, jednak różnica pomiędzy tymi dwoma książkami nie jest aż tak wielka, by zasługiwała na więcej, niż to jedno zdanie. Wolałabym się raczej skupić na innym, o wiele bardziej zauważalnym problemie, a mianowicie zakończeniu. Po pierwsze – po raz kolejny byłam światkiem niewypału (zakończenie „Uzdrowiciela” Antii Tuomainena wciąż nie daje mi spokoju). W momencie, gdy liczyłam na porządny wstrząs, nastąpił przedziwny spadek, a ja byłam zmuszona przyznać, że wielki finał spędziłam na zastanawianiu się, jak mocna będzie ostateczna eksplozja. 

(Po drugie, dla tych co czytali – ostatnia strona – WTF?!)

No i na koniec pogoda (upał, płynący z nieba żar), która w teorii powinna grać tu jedne z pierwszych skrzypiec, jak to było w przypadku „Mrozu”, tym razem znalazła się mocno z tyłu i choć się ją wyczuwa, to nie stanowi centrum wokół którego wszystko się kręci. Trochę szkoda, choć ponownie – gdyby tylko tego typu wady miały książki… 

Podsumowując; niezależnie od małego niewypału na koniec, „Upał” to bardzo dobra książka. Mimo, że do piłki nożnej nigdy miłością nie pałałam, to jestem typem kibica, którego można zwyczajnie zarazić entuzjazmem. Byłam sobie wstanie wyobrazić atmosferę panującą na ulicach Warszawy, tych wszystkich rozemocjonowanych ludzi, kibiców, obcokrajowców, turystów… terrorystów. 

Gorąco polecam! 

Moja ocena 7/10


Przypominam o konkursie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz