poniedziałek, 21 września 2015

"Pandemia" Jana Wagner

Post-apokaliptyczne opowieści wyrastają w tych czasach niczym grzyby po deszczu. I dobrze, bo bardzo lubię ten gatunek. Niesie w sobie to wszystko, czego szukam w książkach najczęściej: szczyptę fantastyki, ogromne emocje, porywającą akcję (a czasem nawet romans i wtedy to już jestem w niebie). Jak w każdym zakątku naszego literackiego świata, zdarzają się powieści lepsze i gorsze. Bywa też, że znajdziemy się gdzieś w pobliżu czegoś wyjątkowego, odchodzącego od wszelkich ram, w jakich został zamknięty dany gatunek. I jak myślicie, gdzie na tej drobnej skali umiejscowiłam "Pandemię" Jany Wagner?

Zaczyna się dość typowo. Śmiercionośny wirus o nieznanym pochodzeniu atakuje ludzkość, nie dając jej choćby cienia szansy na ocalenie. Swoją podróż w towarzystwie uroczego głosu Anny rozpoczynamy w Moskwie – mieście, które bardzo szybko przestaje istnieć, pożarte przez śmierć i samowolę cudem ocalałych, a raczej – wciąż żywych ludzi. Aby przetrwać, należy się jak najszybciej stamtąd wynieść. Anna wraz ze swoim ukochanym Sieriożą, dziećmi, jego byłą żoną Irą i ich wspólnymi znajomymi udaje się w kierunku jedynego bezpiecznego schronienia o jakim udaje im się pomyśleć. Mała chatka na wysepce jeziora Wong w Karelli przy granicy z Finlandią stanowi cel, do którego wcale nie będzie tak łatwo dotrzeć. Skończyła się bowiem era bezstresowych podróży, gdzie największym utrudnieniem był korek czy przebita opona. Teraz droga to swoista aleja śmierci najeżona niezliczoną liczbą czyhających na przejezdnych niebezpieczeństw...
Myśląc o post-apokalipsie, pierwsze co przychodzi nam do głowy to zawrotna akcja, ucieczki, pościgi, konfrontowanie się bohaterów z trudami nowego, niebezpiecznego świata, którego dopiero się uczą. Do tego odrobina (mniejsza bądź większa) emocji, szczypta romansu, kilka czarnych charakterów... I "Pandemia" ma to wszystko, zaledwie w nieco... innych proporcjach, niż jest to zazwyczaj spotykane. 

Jeśli więc szukacie książki pełnej pędzącej na łeb na szyję akcji, z rozbudowanym wątkiem poświęconym samej pandemii – to nie jest odpowiedni tytuł. Na Waszym miejscu nie skreślałabym jej jednak tak od razu. Dlaczego? Ponieważ "Pandemia" może Was zaskoczyć. Osobiście nigdy wcześniej nie czytałam post-apokalipsy w podobnym klimacie. 

To, co czyni tę książkę wyjątkową, to niebywale rozwinięta warstwa emocjonalna, a nawet psychologiczna. Można powiedzieć, że to taka przedziwna obyczajówka osadzona w zupełnie niespotykanych i przede wszystkim, ekstremalnie trudnych okolicznościach. Wyobraźcie sobie tylko to połączenie: Wy, Wasz facet/kobieta, jego/jej była/były żona/mąż, wspólni znajomi rozdarci pomiędzy wrogimi obozami – już samo to wydaje się przerażające. A teraz wyobraźcie sobie jeszcze, że nie macie jak od tego uciec, bo świat opanował śmiercionośny wirus. Musicie ich wszystkich znosić, musicie zaakceptować obecną sytuacje, codziennie pokonywać zazdrość, niepewność, czy wyrzuty sumienia, bo to nie tak, że akurat Wy jesteście święci, a oni źli i parszywi. Szaleństwo. Kompletne szaleństwo. 

Zwykle marudzę, gdy wątek obyczajowy jest aż tak rozwinięty, a jednak "Pandemię" praktycznie połknęłam. Wyniszczająca świat choroba okazała się na tyle ciekawym wątkiem, albo okolicznościami, że nawet mnie porwały te wszystkie skomplikowane relacje "rodzinne". Jest bowiem coś takiego w głosie Anny opowiadającej tę historię, że zwyczajnie chce się jej słuchać dalej i dalej. Wraz z nią przeżywa się wszystkie trudy, nie zawsze rozumiejąc czy pochwalając jej decyzje – co stanowi kolejny, ogromny plus. Gdyby Anna była aniołkiem bez wad czy słabości wierzcie mi, ta recenzja byłaby w zupełnie innym tonie. 

Niestety "Pandemia" to również jedna z tych książek, które kończąc czytać ma się ochotę podrzeć, spalić, ewentualnie utopić za brak konkretnego zakończenia. Pomijając już same braki w genezie pandemii – rozumiem, że to tak naprawdę nie o nią tutaj chodzi, to jednak zabrakło mi tej kropki nad i. Skończyłam książkę, ale wciąż nie znam losów głównych bohaterów. To frustrujące! Mam wrażenie, jakby mój egzemplarz był wybrakowany, brakowało mu kilku stron, bo mi je ktoś złośliwie wyrwał. 

Podsumowując; "Pandemia" to wbrew pozorom przede wszystkim obraz relacji międzyludzkich w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Nie ma tu specjalnie pędzącej akcji, za to mamy emocje i obietnicę zaangażowania się w opowiadaną historię. Myślę, że Jana Wagner miała szalenie ciekawy pomysł i całkiem dobrze jej to wszystko wyszło. Nawet pomijając to nietrafione (jak dla mnie) zakończenie, ta książka z pewnością ma coś w sobie i z czystym sumieniem mogę ją Wam polecić. Trzeba tylko pamiętać, że to bardziej obyczajówka i powieść drogi, niż pełnokrwista post-apokalipsa. 

Moja ocena: 7/10

Przypominam o trwającym konkursie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz