sobota, 12 września 2015

"Uwięziona w bursztynie" Diana Gabaldon

Po przeczytaniu „Obcej” Diany Gabaldon na „Uwięzioną w bursztynie” rzuciłam się najszybciej, jak tylko się dało. Zakochana w Jamiem, zafascynowana całościową historią po prostu nie mogłam się powstrzymać mimo, że intuicja próbowała mi coś niecoś powiedzieć. I tym razem nie mogę stwierdzić, że ją zignorowałam, wręcz przeciwnie, po prostu postanowiłam na nią nie zważać. I nawet myślę, że czasem po prostu tak trzeba.

Nie skupiając się na szczegółach fabuły drugiego tomu... „Uwięziona w bursztynie” zaczyna się tak dziwnie, że przez chwilę myślałam, iż coś pomyliłam i kupiłam nie tą część, co trzeba (z zasady nie czytam opisów z tyłu okładek, chyba, że już muszę). Nie te lata, nie ta sytuacja. Niby Clare, ale z córką... CÓRKĄ! Jedno, wielkie WTF. Ale, ale... Bardzo szybko okazało się, że wszystko okay i to po prostu taki twist w fabule. Całkiem z resztą udany. Jestem jak najbardziej fanką tego wątku i chcę więcej!

Niestety na ponowne spotkanie z Jamiem przyszło mi chwilę czekać. Liczyłam na potężne emocje gdy to się w końcu stanie i... no cóż, powiedzmy, że Szkot w spodniach traci swój urok, a Francja jako taka mu nie za dobrze służy. Mówiąc wprost: wątek z tym krajem był drogą przez mękę. Nie czułam tych emocji, nie czułam tej chemii, specyficznego klimatu, brakowało mi taaaaaaaaak wielu rzeczy, że gdyby nie upór i instagramowy fanklub poświęcony naszemu rudemu góralowi... chyba bym poległa. 

Na szczęście akcja w końcu wraca tam, gdzie powinna, czyli do przepięknej, ale i niebezpiecznej Szkocji. I dopiero wtedy, jak dla mnie, „Uwięziona w bursztynie” prawdziwie się rozkręca. Nie zrozumcie mnie źle, fabularnie dzieje się wiele i są to rzeczy zarówno ważne, jak i charakterystycznie pokręcone, ale jednak obdarte z tego wyjątkowego klimatu jakim może się poszczycić pierwszy tom. 

Niestety tak jak w przypadku „Obcej” i tutaj nie brakuje zupełnie niepotrzebnych scen. Autorka ma tendencje do przegadanych dialogów (w sensie, że mogą wałkować jeden temat przez wieczność) i rozdmuchanych (odrobinę zbyt mocno) problemów. Ja wiem, że Claire to Claire, a Jamie to Jamie, ale przysięgam, bywały chwilę, kiedy miałam ochotę ich oboje udusić. Jedno gorsze od drugiego... Ale to chyba również część charakterystycznego klimatu, więc nie wypada za bardzo narzekać. 

Podsumowując; gdyż nie bardzo wiem, co mogę tu jeszcze dodać, by nie spoilerować. Raczej jest jasne, że jestem odrobinę zawiedziona drugim tomem, co jednak wcale nie jest dla mnie zaskoczeniem. Czułam, że prawdziwy fenomen to serial, a nie książki – jakkolwiek okrutnie to brzmi. Denerwuje mnie ten ogromny brak zwięzłości w tekście, jakby naprawdę żaden korektor nie miał go nigdy w rękach, a autorka opublikowała absolutnie wszystko, co napisała. I nie chodzi o to, że to cegły i długo się je czyta, nie. Przez te rozciągnięte wątki łatwo można zgubić to „coś”, co niewątpliwie ta historia posiada. Trzeba się wczytać, wykazać cierpliwością, ale i wyobraźnią, by we własnej głowie wymazać wady i wyeksponować zalety. To męczące. Mam jednak nadzieję, że dalsze tomy są już lepsze. Z tego, co słyszałam, „Uwięziona w bursztynie” to część najsłabsza, później jest już tylko lepiej. Oby się to sprawdziło! 

Moja ocena: 6/10 – bardzo, bardzo słabe 6, takie za te piękne oczęta Jamiego, gdyby nie one, oj gdyby nie one! ;)

Przypominam o wrześniowym Książkowym polowaniu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz