wtorek, 26 stycznia 2016

"Złe dziewczyny nie umierają" Katie Alender


Ja i horrory nie idziemy w parze. Do tego stopnia, że końcówki "Paranormal Activity I" do dzisiaj nie jestem wstanie obejrzeć, taki ze mnie cykor. Wprawdzie zerkam w stronę tego gatunku nieśmiało i z zaciekawieniem, ale boję się, że się będę bała czytając i koło się zamyka, bo bać się nie lubię. Szczególnie, gdy w grę wchodzą złe duchy i opętania. Tak więc czytając opis książki "Złe dziewczyny nie umierają" autorstwa Katie Alender tylko się wzdrygnęłam z myślą: "O nie... To nie dla mnie". Tylko, że coś mi nie dawało spokoju. Wiecie, ten specjalny zmysł wyczuwający wyjątkowe książki.

"Alexis ucieka w fotografowanie i trzyma się na uboczu, jak niejedna nastolatka. Nie każdy jest urodzoną cheerleaderką. Zresztą jak się żyje z takimi rodzicami, nie ma w tym nic dziwnego. Młodsza siostra Alexis, trzynastoletnia Kasey, też jest specyficzna, z tym swoim zbzikowaniem na punkcie starych lalek. W sumie życie Alexis, choć trochę wyobcowane, nie odbiega od normy. Tak się przynajmniej wydaje…
Nagle sprawy wymykają się spod kontroli. Staje się jasne, że złowróżbne sygnały to był dopiero przedsmak prawdziwej grozy. Kasey zaczyna się zachowywać jeszcze bardziej niepokojąco niż wcześniej: jej błękitne oczy skrzą czasem zielonym blaskiem, pamięć odmawia jej posłuszeństwa, a słowa… słowa, które wypowiada, są żywcem wyjęte z dawnych epok. Kasey z radosnej kolekcjonerki lalek zmienia się w uosobienie zła. Dziwne rzeczy dzieją się też w domu. Drzwi otwierają się i zamykają, pchane niewidzialną ręką, woda sama się gotuje, klimatyzacja, choć wyłączona, przepełnia całe wnętrze chłodem.
Początkowo Alexis bierze te sytuacje za urojenia, ale wkrótce zdaje sobie sprawę, że wszystko dzieje się naprawdę i tylko ona może podjąć walkę z czającym się zagrożeniem i ratować siostrę. Tylko czy zielonooka potworna dziewczynka to wciąż ta sama osoba co wcześniej?"*
Mimo wszystko byłam przygotowana na kompletną porażkę, tymczasem dostałam powieść, która przyprawiła mnie o dreszcze i kompletnie pochłonęła. Alexis pokochałam od pierwszej sceny. Jej sarkastyczny ton i cięte riposty zmuszały mnie do parskania śmiechem, co skutecznie rozładowywało napięcie. Przynajmniej na początku, bo im dalej w fabule, tym atmosfera stawała się gęstsza, a ja przy każdym dziwnym dźwięku w mieszkaniu patrzyłam na kota... Nasłuchuje? Nie. Dobrze. Mogę czytać dalej. To tylko paranoja. 

Oprócz głównej historii, autorka pokusiła się o poruszenie kilku innych tematów. Stosunki pomiędzy rodzeństwem, kontakt z rodzicami, problemy w szkole, pierwsza miłość – tak, standard. Katie Alender nic nowego nie napisała, jednak połączyła wszystko w cudownie zgrabną całość. Styl autorki, choć to pierwsza osoba, przypadł mi do gustu. Czułam, jakby Alexis mówiła do mnie. Jej głos był wyrazisty i skierowany do konkretnego odbiorcy. To uczyniło z tej historii coś bardziej osobistego, niemal przekazywanego szeptem i w ciemności. Może moja wyobraźnia wskoczyła podczas czytania na jakiś wyższy bieg, ale czy nie o to właśnie chodzi? 

Być może etatowym pożeraczom horrorów "Złe dziewczyny nie umierają" nie przypadłyby do gustu, nawet ja dostrzegam tu typowe dla gatunku motywy i kilka schematów, ale dla mniej obeznanych, jak ja, dla ciekawskich, chcących sprawdzić, czy w ogóle nadają się do takich książek – ten właśnie tytuł wydaje się idealny. Nie jest aż tak przerażający, by zrazić czytelnika, bohaterowie dają się lubić, nienawidzić, a także przerażają, czyli robią wszystko to, co powinni. Czego chcieć więcej? 

Podsumowując; "Złe dziewczyny nie umierają" pozytywnie mnie zaskoczyły. Ja stroniąca od horrorów wreszcie przeczytałam coś, co wzbudziło mój niepokój, ale mnie nie odstraszyło. Obudziło też apetyt na więcej. Jeśli istnieje gatunek soft horrorów, to ja jestem ich idealnym odbiorcą. 

Gorąco polecam!

7,5/10

*Opis wydawcy

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuje wydawnictwu Feeria :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz