wtorek, 1 listopada 2016

"Piąta fala. Ostatnia gwiazda" Rick Yancey

„Piąta fala” Ricka Yanceya to seria mająca w moim sercu specjalne miejsce. Od recenzji pierwszego tomu zaczęło się moje blogowanie. Dzisiaj, po długiej przerwie, przychodzę do was z recenzją trzeciej i zarazem ostatniej części, czyli „Ostatniej gwiazdy”

Bliska mojemu sercu czy nie - coś z tym tomem poszło poważnie nie tak. Albo to ja w przeciągu tych dwóch lat w jakichś sposób się zmieniłam, co też jest możliwe. Początkowo myślałam, że te dziwne uczucia we mnie to kwestia sporego odstępu pomiędzy tomami. Nie mam najlepszej pamięci do książek i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Wiem też, że jeśli cierpliwie poczekam, w końcu wszystko do mnie wróci. Niestety szybko się okazało, że nie o moją słabą pamięć tutaj chodziło.

„Bezkresne morze”, drugi tom serii, to książka będąca jednym wielkim pytajnikiem trzymającym za rękę trzy zgrabne literki - WhatTheFuck. Skończyłam ją czytać z nie małą obawą, czy Yancey zdoła odpowiedzieć na te wszystkie niewiadome w zaledwie jednej książce. „Ostatnia gwiazda” miała rozwiać mgłę niepewności, przeganiając konsternacje. I tak, cóż, próbowała. Próbowała bardzo mocno. Inna sprawa, czy faktycznie jej się to udało. 

I tu uwaga, bo może się wkraść trochę spoilerów... 

Jak dla mnie autor miał wizje ziemi i ludźmi po najeździe obcej cywilizacji. Tylko nie do końca jasne były dla niego ich powody. Musiał jednak coś wymyślić, więc ułożył coś... co może mieć sens, ale wcale nie musi. Kto to wie? Z pewnością nie ja. I aż kusi mnie, by powiedzieć, że chyba pan Yancey również nie do końca wiedział. Może zwyczajnie się czepiam, ale nic na to nie poradzę. Autor przyzwyczaił mnie już do pewnego poziomu, a to... jest stanowczo poniżej poprzeczki, którą sam sobie postawił.

Mimo wszystko akurat tę kwestie mogłabym przeboleć. To w końcu nie jest tak, że muszę wiedzieć absolutnie wszystko. Ależ skąd! Przeżyłabym, gdyby to był jedyny problem, ale tak nie jest. W porównaniu z tym, co zaraz napiszę, to przysłowiowy pikuś.

To, co boli najbardziej, to bohaterowie. Gdzie się podziali? Gdzie moja Cassie, trochę niedojrzała, ale tak bardzo prawdziwa, że można było ją niemal dotknąć? Gdzie Evan i jego tajemniczość? Gdzie Ben, gdzie Sam? No gdzie? Bo ci... bohaterowie, to jakaś komedia. Być może z małym wyjątkiem w postaci Ringer, która akurat w tym tomie bardzo mi się podobała, choć i  tutaj kilku decyzji Yanceya nie pojmuje. 

Cassie cierpi na rozdwojenie jaźni połączone z chronicznym niezdecydowaniem. W jednej chwili coś czy kogoś chce, w drugiej nie, ale i tak to bierze, bo kiedyś chciała. Sama nie wie o co jej chodzi, wiec jakim cudem ja mam wiedzieć? Evan to jakaś hybryda człowieka i zaginionego psiaka skomlącego pod drzwiami. Ben i jego uczucia? Skąd do diabła się wzięły? Czy ja coś przespałam? Czegoś nie przeczytałam? Może jednak nie pamiętam wszystkiego – biorę to pod uwagę – i to wciąż nie są ci bohaterowie za jakimi tęskniłam. Och, jeszcze jest Sam. Ten pięciolatek gadający jakby miał przynajmniej trzynaście, nie mówiąc już nawet o jego zachowaniu i reakcjach. Albo o ich braku – kto czytał, pewnie się domyśli o co mi chodzi. Rozumiem, że świat w jakim przyszło im żyć jest ciężki, a ludzka psychika jednoczenie niebywale krucha i mocna, bo potrafi się zmieniać, dostosowywać. Wszystko w imię przetrwania. W mojej ocenie autor skusił się jednak na najtańsze zagrywki i zrobienie prostego szumu. Coś na zasadzie: nie ważne jak będą mówili, byleby mówili.

No to powiedziałam. Teraz mogę ochłonąć i mimo wszystko trochę pochwalić. 

A chwalić będę przede wszystkim styl, bo niewielu jest autorów piszących w pierwszej osobie tak dobrze jak Yancey. I tęskniłam za tą lirycznością, niemal melodią z którą czyta się „Ostatnią gwiazdę”. To odrobinę naprawiało wszystko, na co narzekałam wyżej. Dzięki temu nawet najbardziej irytujące sceny nie bolały mnie tak bardzo. Dopiero, kiedy odkładałam książkę i zaczynałam roztrząsać wszystko, co przeczytałam, mój zachwyt słabł. 

Podsumowując; „Ostatnia gwiazda” niestety nie sprostała moim oczekiwaniom. Złożyło się na to wiele aspektów. Nie o wszystkim napisałam w tej recenzji, byłaby stanowczo za długa, a ja musiałabym zacząć produkować spoilery i to jeden po drugim. Muszę jednak zaznaczyć, że moje oczekiwania były ogromne. Tak to już bywa z książkami zamykającymi serię, że często nieco zawodzą. W końcu każdy fan ma swoją wizje i nie zawsze ta wizja łączy się z zamysłem autora. Tak czy inaczej, „Piąta fala” to wciąż cudowna seria i choć nie skończyła się dla mnie wielkim WOW na jakie liczyłam, to wciąż z czystym sumieniem ją wam polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz