poniedziałek, 13 lutego 2017

"Z mgły zrodzony" Brandon Sanderson


„Z mgły zrodzony” to książka, która przyprawiła mnie o skrajne emocje, i to nawet zanim jeszcze tak na dobre zaczęłam ją czytać. Siadałam do niej kilkakrotnie i odstawiałam z nadzieją, że to po prostu nie jest dobry moment. W końcu coś zaskoczyło, zdołałam przebrnąć przez początkowe rozdziały… A wtedy zaczął się prawdziwy horror. 

„Przez tysiąc lat popiół zasypywał kraj, nie kwitły kwiaty. Przez tysiąc lat skaa wiedli niewolnicze życie w nędzy i strachu. Przez tysiąc lat Ostatni Imperator, "Skrawek Nieskończoności”, posiadając władzę absolutną, rządził i stosował terror, niezwyciężony jak bóg. A kiedy nadzieja została porzucona już tak dawno, że nie pozostały z niej nawet wspomnienia, pokryty bliznami pół-skaa ze złamanym sercem odkrywa ją na nowo w piekielnym więzieniu Ostatniego Imperatora. Tam poznaje moce Zrodzonego z Mgły. Znakomity złodziejaszek i urodzony przywódca, wykorzystuje swoje talenty w intrydze, która ma pozbawić tronu i władzy samego Ostatniego Imperatora.”*

Nie jestem nawet pewna, czy kiedykolwiek wcześniej byłam w takim stopniu równocześnie zachwycona i całkowicie zawiedziona, zależnie od tego, do czego by się tu doczepić. Czytanie „Z mgły zrodzony” było męczące, a jednak nie byłam wstanie sobie odpuścić. Cały czas miałam nadzieję, że może coś wreszcie zaskoczy, a ja jakimś cudem pojmę, o co tyle szumu.

Zacznę od tego, co dobre. Uwielbiam skomplikowane, złożone, wielowymiarowe światy, a taki właśnie jest ten stworzony przez Brandona Sandersona. Ma swoją historię, prawa i zależności, jakie nieodmiennie nim żądzą. W dodatku mamy magię – ten aspekt zwyczajnie mnie zachwycił. Zapomnijcie o nadprzyrodzonych zdolnościach zrodzonych z niczego. Magia, o ile w ogóle tak ją można nazwać, jest ukazana za pomocą metali takich jak przykładowo żelazo czy cyna, których "spalanie" daje określone zdolności. Podziałów jest tu dużo i są nieco skomplikowane, ale właśnie to czyni ten wątek szalenie interesującym. Być może w kilku momentach odniosłam wrażenie, że tych nowych informacji jest za dużo... ale szczerze mówiąc, to najmniejszy problem książki. Bez wątpienia autor spędził wiele czasu na dopracowywaniu najmniejszych szczegółów, za co prawdziwie go cenię. Niestety to nie wystarczyło, by mój zachwyt przeniósł się na resztę aspektów powieści. 

Bohaterowie książki mieli wiele możliwości, by mnie zachwycić. Jak wszystko inne w tej powieści, są dobrze zbudowani, mają tajemniczą przeszłość i jeszcze bardziej niewiadomą przyszłość. Podczas gdy jedne związki między nimi się umacniają, inne się rozpadają, a jeszcze inne dopiero tworzą. Czego chcieć więcej? A no duszy, bo nawet najdoskonalsze lalki pozostają lalkami. Dziwaczne dialogi, jeszcze sztuczniejsze emocje, których niejednokrotnie nie umiałam zwyczajnie zrozumieć… 

Kelsier wzbudził we mnie odrobinę zaintrygowania, co nie znaczy, że nie działał mi na nerwy. Było w nim coś nieokreślonego, co nakazywało mi śledzić uważniej jego losy, niestety zabrakło mi w tej postaci tej przysłowiowej kropki nad i, wisienki na torcie, która wygładziłaby nieścisłości, uwypuklając to, co dobre. Podobnie było z Vin. Kolejna kluczowa dla historii postać, która miała w sobie coś intrygującego, ale utopiła to w kałuży pełnej niedorzeczności. Póki nie zaczął się jej ehm! romans, było znośnie. Miałam nadzieję, że coś między nami wreszcie zaskoczy. Dialogi Vin ze swoją drugą połówką przekreśliły jednak wszystko. Ja rozumiem, że autorem jest mężczyzna itd... ale błagam. Te sceny niemalże nie pasowały do reszty książki. Nawet względnie dobrze opisane uczucia Vin nie tłumaczyły głupoty tych dialogów. No i jest jeszcze sam Ostatni Imperator, jak dla mnie jedna z tych najciekawszych zagadek książki, jedyna postać dla której jestem skłonna sięgnąć po kolejny tom. Gdy tak o tym myślę, wychodzi na to, że jego los ciekawi mnie bardziej, niż wszystkich pozostałych postaci. Cóż, dobre i to. 

No ale zostawmy już bohaterów, być może zwyczajnie nie przypadli mi do gustu – zdarza się. Jest jeszcze w końcu fabuła, ta oparta na świecie, który tak bardzo mnie zachwycił, prawda? No niby tak, ale znowu nie mogę nie zauważyć kilku rzeczy. Po pierwsze „Z mgły zrodzony” to nierówna książka, co doprowadzało mnie do szału, bo kiedy wreszcie coś fajnego zaczynało się dziać, a ja myślałam, że to może ten moment kiedy wszystko się odmieni, akcja znowu umierała. Zostawałam porzucana na rzecz smęcenia bohaterów.  

Ciężko tu też mówić o fabularnej oryginalności. Mamy klasowy podział świata, wielkiego, złego władce, grupę buntowników mających dość tego, jak wygląda ich rzeczywistość. Jest też ten jeden jedyny, którego niemalże przeznaczeniem jest to wszystko zakończyć. Jest krew, są trupy, ofiary, miłość ponad podziałami. Brzmi aż za bardzo znajomo. I nie mam nic do tego. Jestem zdania, że wszystko już zostało napisane i można już tylko oryginalnie to ze sobą łączyć. Zachodzę jednak w głowę, jakim cudem ta książka ma tak pozytywne oceny?

Podsumowując; mimo, że od przeczytania „Z mgły zrodzony” minęło już trochę czasu, wciąż jestem zdezorientowana. Chciałabym móc albo całkowicie skreślić ten tytuł, albo wykazać więcej zachwytu i nadziei, że kolejne tomy będą lepsze. Niestety wciąż tkwię gdzieś pomiędzy, zupełnie niezdecydowana. Patrząc na to z boku wiem, że „Z mgły zrodzony” powinien mnie zachwycić pod wieloma względami, a jednak stało się inaczej. I chyba nie mogę tego przeboleć. Nie pozostaje mi jednak nic innego jak sięgnąć po inną książkę Brandona Sandersona. Może autor w innym wydaniu zaprezentuje mi się lepiej? 


*Opis wydawcy


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz